Akasemis Knetsu

Awatar użytkownika
Akasemis Knetsu
Posty: 2485
Rejestracja: sob, 23 kwie 2011, 18:15
Płeć: Mężczyzna
Ranga: Jounin
Wiek Postaci: 20
Siła: San Kaishi
Wytrzymałość: San Kaishi
Szybkość: San Kaishi
Zręczność: San Kaishi ++
Kontrola Chakry: San Kaishi +
Zasoby Chakry: Yon Kaishi
Potencjał Genjutsu: Yon Kaishi +
Kontrola KG: San Kaishi
Kontrola Katon: Yon Kaishi
Kontrola Raiton: Ni Kaishi
Walka Wręcz: Ni Kaishi
KP: viewtopic.php?f=36&t=2054

Akasemis Knetsu

Post autor: Akasemis Knetsu » pt, 29 kwie 2011, 17:15

Imię: Akasemis
Nazwisko:
Knetsu
Płeć: Mężczyzna
Pseudonim: -/-
Wioska: Konohagakure no Sato

Ranga: Oficjalnie Jounin / Nieoficjalnie S.Jounin

Klan: Uchiha

Kekkei Genkai: Mangekyō Sharingan

Natura chakry:
Raiton (A)
Katon (S)

Pochodzenie: Nieznane.




Aparycja i wygląd.


Wiek: 20 lat
Wzrost i waga: 183cm/73kg

Pokaż/Ukryj:

W życiu Akasemisa wydarzyło się wiele rzeczy, które po części miały wpływ na jego charakter, jak i również na wygląd. Knetsu jest dość niskim jak na swój wiek osobnikiem, jednak w tym przypadku niczym nie odstaje od normy. Zaczynając od góry - średniej długości ciemne, lecz nie czarne włosy. To jest właśnie jego znak rozpoznawczy - kilka osób nazywało go właśnie przez to kruczkiem, i nigdy nie rozumiał dlaczego - nie miał czarnych włosów, pomimo, że wszyscy tak uważali. Może był to efekt wywołany padaniem światła? Trudno powiedzieć.
Chłopak jest bardzo zadbany, widać, że do wyglądu przywiązuje bardzo dużą wagę. Twarz ma czystą, wolną od jakichkolwiek szram, lub zadrapań. Nie ma też na niej żadnych trądzików, syfków, lub brudów. Co ciekawe - nie ma też na niej nawet najmniejszego zarostu. Policzki o atletycznym wyglądzie - lekko wklęsłe. Krótkie, niczym niewyróżniające się uszy zazwyczaj schowane są pod włosami, jednak jego największą chlubą są oczy. Ciemno-niebieskie, posiadające w sobie coś dziwnego, hipnotyzującego. Trudno nazwać uczucie które towarzyszy temu zjawisku, jak gdyby patrzeć w bezdenną otchłań która pragnie poznać świat. Twarz ma nienaganną, idealną, jednak w tych oczach... widać ból. Widać to wszystko co przeżył - cierpienie, rozpacz, strach. Gdyby się im przyjrzeć, to można powiedzieć, że widziały już wszystko. Od bólu, przez gwałt, aż do śmierci. To właśnie one pokazują, że nie jest takim maminsynkiem jakim może się wydawać na pierwszy rzut oka. Ona pokazują, że ten chłopak przeżył naprawdę wiele...
Jest dobrze zbudowanym nastolatkiem, z natury nie wyróżniającym się niczym szczególnym. Klatka piersiowa nie jest w żaden sposób powiększona, a chłopak jakoś szczególnie nie zajmował się tą partią ciała... Widać jednak, po mięśniach rąk, że Akasemis sporo ich używał do walki. Często dzierżył miecz w dłoni, co również przełożyło się poniekąd na taki stan. Co ciekawe, dłonie ma bardzo delikatne, wręcz niemowlęce - delikatne i miłe w dotyku. Pomimo, że wiele razy się skaleczył, to one pozostały w nienagannym stanie - jak gdyby był wężem, który zrzuca skórę. Odziedziczył je wraz z oczami, po mamie. Ona zawsze je takie miała, a gdy przyszła kolej na dziecko, jej geny przeszły na młodego Knetsu.
Mięśnie brzucha u czarnowłosego są bardzo dobrze rozwinięte, gołym okiem widać już wyrzeźbioną partię ciała, nawet gdy chłopak ubrany jest w koszulkę. Jak na nastolatka, to dość rzadko spotykany widok, jednak u Akasemisa najwyraźniej jest nieco inaczej. Widać, że zdecydowanie do tego miejsca na ciele przykładał największą wagę. Brzuch, można powiedzieć, był jego chlubą, i to na niego wyrywa wszystkie potencjalne zdobycze.
Wygląd nóg jest typowo chłopięcy, niczym się nie wyróżniający od typowego nastolatka. Akasemis posiada wąskie biodra - przejście od tułowia jest płynne, mało zauważalne, co samemu chłopakowi bardzo się podoba. Można powiedzieć, że chciałby chłopaka takiego samego wyglądu jakim on jest.

Ubrania: Chłopak zazwyczaj chodzi w czarnych, luźnych spodenkach i granatowej koszulce, oraz butach, zwykłych trampkach nadających się do jakże szybkiego trybu życia Shinobi. Lubi tego typu ubiór, ponieważ pozwala on na ogromną swobodę w wykonywaniu ruchów, oraz umożliwiał szybkie pozbycie się ciuchów, w razie gdyby była taka konieczność. Gdy zaś przyjdą zimniejsze pory - wystarczy nań zarzucić płaszcz, i od razu cieplej nam w ciało, i nie musimy się martwić o zamarzniecie. Taki zestaw jest dla chłopaka idealny.

Archetyp Charakteru: chaotyczny neutralny.
Akasemis jest człowiekiem o bardzo zmiennym charakterze, który jest bardzo trudno zrozumieć. Jego postawa w wielu sprawach różni się diametralnie i może pozastawić wiele złudzeń co do jego prawdziwych intencji. Czarnowłosy nie jest osobą której łatwo przemówić do rozumu, bowiem na rzeczy które nie odpowiadają jego przekonaniu najczęściej reaguje agresją i odrzuceniem. Wiąże się to z jego przeszłością oraz wydarzeniami które miały miejsce w niedawnym jego życiu. Jest mu niezmiernie trudno zaufać obcej osobie, do wszystkiego podchodzi z pewną dozą nieufności, często kpiąc sobie z rozmówcy, co z pewnością wiąże się z chęcią dopieczenia osoby której nie szanuje. Osoby które jednak ma w swoim sercu za kogoś ważniejszego traktuje o wiele bardziej rozsądnie i stara się iść na kompromis, nie dąży po trupach do celu, choć z pewnością można go wziąć za osobę która jest niezwykle uparta i kapryśna. Często zachowuje się w sposób podkreślający jego wyższość nad otoczeniem - już sama jego postawa wskazuje na to, że większość ludzi nawet nie powinna się do niego odzywać, lecz co ciekawe, z takim tonem częściej zwraca się do osób wyższych od niego w hierarchii społeczeństwa. Nie lubi osób które są zarozumiałe, choć samemu takim się zdaje. Można go nazwać w tym przypadku hipokrytą.


Atrybuty fizyczne i duchowe:

Pokaż/Ukryj:


Rozpiski:
Pokaż/Ukryj:


Umiejętności:


Umiejętność Dodatkowa:

Gakushi - Muzyk
Dostaniesz byle jaki instrument do ręki i zaraz grasz jak byś się z ów instrumentem urodził. Twój talent do muzyki zadziwia każdego. Niezwykle przydajesz się na weselach, a ludzie przy twoich techno bitach granych na cymbałkach świetnie się bawią.

oraz 2 (wygrana w konkursie Mikołajowym)

Bokkaku – Pisarz
Plotki głoszą iż urodził żeś się Wać Panie z piórem w prawej dłoni i atramentem w lewej. Twoja poezja, wiersze, powiastki, ballady, fraszki, treny itd. Jest nie do pobicia. Każdy kto lubuje się w czytaniu poezji chętnie kupuje twoją literaturę


Styl Walki:
  • Subayatari

Specjalizacje:
  • Mistrzostwo WM
  • Genjutsu Tensai

Pakt ze Zwierzętami:
  • Jastrzębie

Bijuu/Pieczęć/Inne:
  • -/-

Inne Umiejętności:
  • Wytrzymałość psychiczna - poziom 2
  • Odbijanie pocisków - poziom 2
  • Sztuka Kamuflażu - poziom 1
  • Pieczętowanie lvl 1


Ekwipunek:


Przy sobie:
  • Raitoningu
  • Płaszcz amateratsu
    Ostrze wykonane ze świetnej stali, zdolnej przebić bardzo silne pancerze (w pancerze rangi B i poniżej bez wzmocnienia przez kowali, ostrze wchodzi w te zbroje bezproblemowo, niczym nóż w masło), pozwala pokryć ostrze chakrą raitonu, dzięki czemu mamy możliwość używania techniki obezwładniającej. Działanie Raitonu powoduje paraliż, zależny od stopnia "zagłębienia" miecza w ciele. W przypadku mocnego trafienia blisko serca możliwe jest natychmiastowe zakończenie walki, natomiast draśniecie powoduje bardzo mocny ból, jednak nie uniemożliwia ruchu kończyną. Dochodzą do tego poparzenia wywołane prądem. Można użyć 2 razy na walkę.
  • Hiramekarei
  • Skórzany pancerz
  • Gama-Chan (portfel Naruto)
    większa każdy przychód rou o 10%. Dotyczy to zdarzeń fabularnych, nie liczą się konkursy na forum. Działa jedynie na posiadacza.
  • Kryształ niewielkich rozmiarów który można umieścić w broni czy też zbroi przy pomocy kowala. Magazynuje on niewielkie ilości chakry które można odblokować w każdej chwili, jednak moc tego artefaktu nie jest duża. Zawrzeć w nim można bowiem Tyle chakry aby starczyło jej na jedną silniejszą technikę rangi C. Przelewanie zajmuje trochę czasu więc wrzucenie kawałka mocy do środka w trakcie walki jest mało prawdopodobne. Ma kształt kulki o średnicy dwóch centymetrów.
  • 5x bandaż
  • 1x pigułka ze skrzepniętą krwią
  • 1x słoiczek pigułek wzmacniających.
  • 1x kompas.
  • 3x strzykawka (z trucizną)
  • 1x skalpel
  • 30x Mikibishi
  • 40 m stalowej linki
  • 3x probówka (z trucizną)
  • 1x maść na rany
  • 4x mały zwój
  • Pióro i atrament
  • Płaszcz shinobi

Pojemnik na broń:
  • 28 shuriken
  • 15 kunai pierwszego typu
  • 10 notki wybuchowe
  • 4 bomb świetlnych
  • 20 małych bomb

Zapieczętowane:
  • -/-

Pieniądze: 8625 rou
Depozyt:
  • -/-

Przepisy:
  • -/-


Asortyment Technik:


Ninjutsu
  • Bunshin no Jutsu
  • Dekata ki
  • Dekata mizu
  • Shunshin no Jutsu
  • Kawarimi no Jutsu
  • Henge no Jutsu
  • Fukumi Hari
  • Rasengan
  • Kuchiyose no Jutsu
  • Nikutai Kassei
  • Kai


Genjutsu
  • Utsusemi no jutsu
  • Hana Tonsou
  • Kasegui no Jutsu
  • Utakata


Taijutsu
  • Tokken
  • Dainamikku Entorii


Raiton
  • Hiraishin


Katon
  • Hibashiri.
  • Kasumi Enbu no jutsu
  • Suyaki no Jutsu.


Fuuton(skopiowane)
  • Daitoppa


Stworzone:
Pokaż/Ukryj:

Inne:


Osiągnięcia:
Pokaż/Ukryj:

Choroby: -/-
Fobie: -/-
Ranga Dodatkowa: -/-


Wypełnione Misje:


D-10
C-11
B-7
A-5
S-1

Specjalne Wydarzenia:

4 ukończone eventy (Event Seiso, Inu, oraz Kenjiego, i kolejny od Inu)


Biografia

Rozdział I
Kim jestem?
Dlaczego tak ciężko być człowiekiem? Dlaczego musimy znosić tyle bólu, dlaczego nasze rany, pomimo, że czas je zasklepia, to pozostawiają po sobie paskudne szramy? Dlaczego nie możemy po prostu zapomnieć o konsekwencjach naszego życia? Czemu miłość nas rani, czemu zakochujemy się w kimś, w kim nie powinniśmy? Dlaczego nie potrafimy zaakceptować swojej prawdziwej natury?
Bo jesteśmy tylko ułomnymi ludźmi. Ludźmi, których przyszłość od dawna jest zaplanowana. Ludźmi w których genach zapisane jest wszystko.
Przeznaczenie? Ono nie istnieje.
Tu nie chodzi o mistyczną postać, moc, „coś” co nami kieruje. Niektóre rzeczy są niezależne od nas – to nie my zadecydujemy czy chcemy mieć niebieskie oczy, brązowe włosy, urodzić się jako dziewczynka czy chłopiec, i którego z nich kochać w dorosłości.
Tu chodzi o naszych rodziców. O tych, których tak często wyzywamy, o tych, którzy nam wszystkiego zabraniają, którzy każą nam ubierać się ciepło, którzy na siłę nas wypychają do ludzi, gdy chcemy posiedzieć w spokoju, a ciągną nas do domu, gdy chcemy zaszaleć.
„Nienawidzimy ich”
Lecz to tylko puste słowa. Prawdziwym bólem jest strata tego kogoś. Kogo kto jest odpowiedzialny za Twoje istnienie, kogoś, kto dał Ci życie. Czasem sami za to odpowiadamy, opuszczamy naszych bliskich, bo nie chcemy ich krzywdzić. Ból jest jedynym co wtedy czujemy,. On przejdzie, zniknie, nie będzie już tak męczący jak kiedyś, jednak zdecydowanie będziemy o nim pamiętać. Można nauczyć się go ignorować, jednak to nie to samo, co jego brak. Blizna na sercu pozostanie zawsze. Trzeba wybierać między mniejszym złem, a większym złem – czy skrzywdzić siebie, czy kogoś kto jest nam bliski? Dylematy których konsekwencji nikt z nas nie potrafi przewidzieć.
Efekt motyla – z pozoru niewielkie rzeczy mają ogromny wpływ na to co się stanie w przyszłości. Machnięcie skrzydłami przez owada, może wywołać tornado po przeciwległej stronie świata. Nieprawdopodobne?
A skąd biorą się bohaterowie? Dlaczego uznajemy ich za swoich duchowych przywódców, dlaczego wszyscy dążymy do tego by być jak oni? Bo chcemy być sławni? Podziwiani? Bo również chcemy by ć wzorcem dla kogoś?
Nie.
Robimy to dlatego, że sami boimy się podjąć decyzji których konsekwencji nie znamy.
Jesteśmy Shinobi.
Od przekroczenia progu Akademii wszyscy staliśmy się bohaterami. Podjęliśmy się codziennego tańca ze śmiercią, ośmieliliśmy się obudzić demony które pragną unicestwić ten świat. A my rzucamy rękawice pod nogi, stawiamy wyzwanie. Robimy to czego śmiertelnicy się obawiają. Jesteśmy kimś więcej niż tylko małymi, nic niewartymi człowieczkami. Zrobiliśmy coś, czego nie da się opisać słowami. Pokonaliśmy samych siebie, zwyciężyliśmy. Przestaliśmy się bać swojego życia, przestaliśmy chować głowę w poduszkę, i płakać niczym dzieci. Ten kto ma odwagę stawić czoła życiu, ten, kto walczy za swoją rodzinę i przyjaciół jest święty. Nie ma nic cenniejszego na tym świecie, niż ludzkie istnienie. Wszyscy z nas są bohaterami. Kobiety, dzieci, mężczyźni. Każdy kto umiera za to, abyśmy mogli każdego ranka obudzić się, i zjeść chleb, napić się mleka, i rzec: „Jaki to piękny, słoneczny dzień dziś mamy!”.
Rodzimy się, żyjemy, umieramy. Nic odkrywczego. Taka kolej rzeczy. Jednak w przeciwieństwie do szarych ludzi potrafimy dokonać poświęcenia , potrafimy rzucić światło na ciemność, pokazać im, że jednak jest jeszcze ktoś, komu zależy na tym świecie. I choć jest nas niewielu, to każdy ma w sercu iskierkę nadziei, która pozwala nam zebrać się do kupy, i stawić czoła wyzwania. Nikt nie będzie nam rozkazywał, nikt nie będzie nam mówił, jak mamy się zachowywać, jak mamy żyć, co robić, a czego nie. Nikt nie będzie nami kierował. Ciało to tylko materialna powłoka, je można zniewolić. Dusza zawsze będzie przynależeć do nas.
Do ludzi.


Rozdział II
Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Słońce świeciło mocno, dając uczucie przyjemnego ciepła. Promienie przenikały przez czyste jak łza szyby. Za oknem dało słyszeć się świergocące ptaszki, radośnie zwiastujące nadejście ciepłych dni. Powróciły ze swych krain, do ojczyzny, tam gdzie się urodził, i tam, gdzie należało ich serce. Gdzieś dalej rozchodziły się radosne pokrzykiwania dzieci, ktoś inny się złościł, listonosz właśnie donosił gazetę, sąsiadka z domu obok krzyczała na męża, że spóźnił się na obiad. Jednym słowem sielanka, nic tylko żyć, nie umierać.
W dobrze oświetlonym salonie, na dużej kanapie siedziała kobieta. Ubrana była w zieloną koszulkę, i najzwyczajniejsze jeansy. Ich dom był… normalny. Nie wyróżniał się niczym. Kremowe ściany, sprzęt domowy, kuchnia, telefon, po środku tego wszystkiego szklany stół. Okna osłonięte stylowymi firankami które najwyraźniej bardzo spodobały się pani domu. Co tu dużo mówić – dom jak każdy inny. Typowa, podmiejska chatka, ni to bieda, ni to bogactwo. Trzymała na rękach dziecko, płaczącego chłopczyka. Nie potrafiła go uspokoić, krzyczał, i krzyczał. Nie wiedziała czemu – i to najedzony, i wyspany, pogoda również normalna. Dlaczego więc? Nie potrafiła tego zrozumieć. Głaskała go, i przytulała, próbując dać mu do zrozumienia, że nic mu nie grozi. Spojrzała się na dziecko. Było do niej łudząco podobne. Nie miało na głowie jeszcze wielu włosów, jednak ich czerń dawała wyraźnie do zrozumienia, że te geny odziedziczyło po swojej matce. Chłopczyk był zdrowy, trudno było mówić o jego gabarytach, bo to dopiero niemowlę, jednak w jego oczach było coś, co trudno określić jako radość. W tych niebieskich ślipkach, było to samo, co w oczach rodzicielki. Były do siebie łudząco podobne – taki sam kształt, takie same radosne spojrzenie. W pewnym momencie dziecko przestało płakać. Ot tak, po prostu. Z sekundy na sekundę zamknęło swój śliczny Dziubek, i postanowiło odsapnąć.
- Ty to jesteś! – matula lekko pstryknęła go po nosku, śmiejąc się cicho. Spojrzała się za okno, jednak jakoś posmutniała. - Jesteś tym, kim tak bardzo nie chciałam, abyś był. – przetarła nos. Teraz niewiele brakowało, aby to ona się rozpłakała. Wzięła głęboki oddech i przytuliła chłopczyka.
- Znowu się zmartwiasz, Yin, kochanie? – do pokoju wszedł mężczyzna o krótko ściętych, brązowych włosach. Był dobrze zbudowany, lecz nie szczycił się jakąś pokaźną masą. Kroczył jednak postawnie, pewnie siebie. Na twarzy miał wymalowaną determinację.Ubrany był w kamizelkę shinobi, co świadczyło o tym, że dopiero co musiał przybyć z misji. Rozebrał się, odłożył buty, i usiadł obok wybranki swojego serca. Objął ją delikatnie, i złapał za twarzyczkę, obracając w swoją stronę. Odgarnął jej czarne włosy. - Czemu się tak zmartwiasz? Przecież nic się nie dzieje, wszystko jest w porządku! – rzekł do niej radośnie. - Mamy dom, mamy dziecko, mamy siebie. Czego chcieć więcej? – zapytał, i chciał kontynuować, jednak gwałtownie mu przerwano.
- Przestań, Kazuma. To nie jest zabawne! – syknęła cicho, aby nie obudzić chłopczyka który właśnie usypiał w jej ramionach.
- Wcale nie miało być. – odrzekł mężczyzna. - Nie jest tak? – zapytał, lecz odpowiedziała mu jedynie cisza. - Co Ty byś więcej chciała? – odwrócił się, zakładając ramię na ramię.
- Żeby on nie musiał cierpieć tak jak ja. – warknęła pod nosem, i wzięła głęboki oddech. Przetarła oczy po których spływało kilka łez. - Znasz mnie doskonale, wiesz, jaka jestem, i dobrze wiesz przez co przechodziłam. To czego tak bardzo się bałam. – położyła mu głowę na ramieniu, i siedziała cicho.
- Ale teraz wszystko już w porządku… - odpowiedział Kazuma, przytulając ją do siebie, i całując w czoło.
- Ale nie będzie! – odpowiedziała głośno, omal się nie rozpłatując. - Będzie dokładnie tak samo jak ze mną. Będzie odrzucony, zepchnięty na dalszy plan przez swoich rówieśników, nikt nie będzie się z nim kolegował, wszyscy będą uważać go za wyrzutka, przez to, że jest taki „oryginalny”! Jakby to było coś oryginalnego! Nie on to wybierał, ani nie ja! Nie chciałam być z tego cholernego klanu! – zacisnęła szczęki.
- Nikt nie mówił, że będzie łatwo. – odpowiedział poważnie mężczyzna. - Masz zamiar się tak nad sobą użalać? Doskonale przecież wiesz, że nic na to nie poradzimy. Nie da się „odszczepić” twojego Kekkei Genkai. Chyba, że życzysz sobie, aby wydłubali Ci oczy! – nie powninen był tego mówić. To było bardzo nieodpowiednie, do własnej żony z takimi tekstami. Ale nie potrafił inaczej, zawsze był bezpośredni.
- Te oczy, ten przeklęty Sharingan…! – syczała przez zaciśnięte usta. Nienawidziła się, nienawidziła całego tego świata, za to, co jej zrobił. - Teraz jest dobrze, ale gdy dorośnie, będzie miał same problemy, doskonale o tym wiesz. Gdy będzie Shinobi wszyscy będą mu wmawiać, że to tylko przez oczy, że bez nich jest niczym. Będzie dokładnie tak samo jak ze mną! Odepchnęli mnie, nie dawali mi żyć. Że niby ja nic nie robię, że tylko to, że pochodzę z klanu wpływa na moje sukcesy. A ja się starałam, dawałam z siebie wszystko! Ludzie to zaślepione bestie, nie potrafią zaakceptować tego, że ktoś jest od nich lepszy. A moi rodzice… nie zwracali na mnie uwagi. Zajmowali się sami sobą, wiecznie byłam w tyłku, dla nich liczyły się tylko misje, misje, i jeszcze raz misje! – powiedziała wściekła.
- Doskonale wiesz, że Akasemis nie będzie tak miał. Potrafimy pogodzić obowiązki rodzica, z obowiązkami Shinobi. – próbował ją jakoś pocieszyć.
- I co z tego?! – krzyknęła. Malec otworzył oczy, i zaśmiał się cicho, bełkocząc coś niewyraźnie. Szybko jednak zamknął oczy, i uspokoił się. - Myślisz, że to fajnie, jak wszyscy się na Ciebie patrzą i całą twoją rodzinę wyklinają? Nie chcę, aby w przyszłości uznawali go za Uchihę. Nie chcę, aby urządzali na niego polowania tylko dlatego, że posiada Sharingana. Nie chcę aby zabił go ktoś z jego własnej rodziny tylko po to, aby osiągnąć większą siłę!
- Yin… - próbował zacząć mężczyzna.
- Nie przerywaj mi w połowie zdania! – warknęła wściekle. - Nie widzisz co ten klan robi z ludźmi? Opowiedziałam Ci naszą historię – o tym jak brat był gotów zabić brata byleby być silniejszym od wszystkich. Chęć władzy przysłoniła im oczy, widzieli świat tylko na czarno i biało. Nie widzieli odcieni szarości. Wszystko było dla nich albo dobre, albo złe, i używali wszystkich możliwych środków by to zdobyć. Nie brzydzili się nawet przelać krwi własnej rodziny. Ohydne, plugawe bestie… Takie jak ja.
- Yin, nie możesz tak o sobie mówić. Co to ma za znaczenie z którego klanu pochodzisz? – zapytał kręcąc głową. Był bardzo zmęczony tą rozmową, wiedział, że nie wpłynie ona zbyt dobrze na ich relacje, jednak chyba musieli odbyć taką pogawędkę.
- Jesteś bezklanowcem, nie masz pojęcia co to za brzemię. Wszyscy Cię obarczają obowiązkami, każą być najlepszym, ćwiczyć, walczyć, a społeczeństwo traktuje jak śmiecia, tylko przez wgląd na przeszłość. To takie… - po jej policzkach zaczęły spływać łzy. - To takie nie fair! Tak nie powinno być! – gdy matka zaczęła płakać, dziecko również się odezwało. Potrafiło wyczuć uczucia, i wiedziało, że coś jest źle.
Kobieta rozpłakała się na dobre, nie wiedziała już co robić. Dziecko również płakało. Dom płaczu, co za ironia. Mieli wszystko a tak bardzo im to przeszkadzało. Może właśnie lepiej byłoby nie mieć nic? Trudno określić, bo jaki człowiek, taki charakter, i co dla jednego nagrodą, dla innego może być przekleństwem. Świat jest dziwny i niezrozumiały. Za oknem zrobiło się szaro, pochmurno. Cała atmosfera która kilka minut temu przedstawiała wszystko w pięknych kolorach, teraz nagle prysła niczym mydlana bańka. Nie było już piękna, nie było radości, lecz tylko smutek i żal. Żal z tego, że stało się to, czego tak bardzo nie chciała Yin. Ale co mogła innego zrobić?
- Wiem, że chciałam dzieci, bo Cię kocham, Kazuma, tylko… tylko to nie jest takie proste. Zrobiłam w swoim życiu dużo złych rzeczy, a i ludzie zrobili dużo złych rzeczy mi. Większość sytuacji była związana z moją przynależność do Uchiha… Nie chcę aby mój syn był taki. Powinien się bawić, cieszyć życiem. Ten Sharingan… nigdy nie powinien się u niego uaktywnić. Powinniśmy zadbać o to, żeby żadna zła sytuacja nie wpłynęła na jego dzieciństwo. Może wtedy, gdy nie będzie sobie z tego zdawał sprawy… może wtedy się uda… i będzie zwyczajnym, ślicznym, czarnowłosym chłopcem… - westchnęła cicho uśmiechając się do dzieciątka. Do swojego Akasemiska.
- Już, skarbie, kocham Cię. Będzie w porządku… brązowowłosy sięgnął po koc który zwisał na kanapie, i okrył swoją żonę, dając jej tego, czego chyba najbardziej pragnęła. Odrobinę ciepła i i miłych słów. - Wszystko będzie w porządku. Obiecuję…


Rozdział III
Skowronek.

Biegał tak szybko jak mógł, jak szybko pozwalały mu nogi. Akasemis był cholernie zwinnym i żwawym dzieciakiem. Nie potrafił usiedzieć w miejscu, i zawsze go wszędzie było pełno. Trudno jednak powiedzieć, by przez to sprawiał problemu. Chłopak był bardzo żywiołowy, wręcz uwielbiał latać. Śmiało można rzec, że to było jego całym życiem. Za każdym razem, gdy tylko mógł, stawał się tym którego wszyscy mieli złapać. Czy to po to aby skopać mu tyłek, czy to w berka, czy to cokolwiek. Knetsu był szczęśliwym chłopcem, z kochającą rodziną. Nie miał żadnych powodów do narzekań, i wszystko przebiegało dobrze. Jego dzieciństwo… niemal jak raj. Niczego mu nie brakowało. Opieka, dom, przyjaciele. Choć trudno ich było nazwać przyjaciółmi, bo w końcu miał dopiero sześć latek. Mały, czarnowłosy urwis. Tak go wszyscy nazywali. Był strasznie otwarty na świat – uwielbiał poznawać, smakować, dotykać. I psuć. Jego rodzice nie zawsze byli z tego zadowoleni, jednak mimo wszystko postanowili pozwolić uczyć się Akasemisowi na błędach. Na tym polegało w końcu życie –na ciągłej nauce, a przerywanie tego było bardzo złe w konsekwencjach. Na pewno nie chcieli, aby z ich niebieskookiego szkarba wyrósł rozpieszczony bachor który nie doznał nigdy „kopa w dupę” od życia. Wiedzieli, że dzieciństwo to najważniejszy okres w życiu człowieka – bo to on kształtuje przyszły światopogląd. Od właśnie dzieciństwa będzie zależeć to, co, i kogo lubimy. Trzeba wiec było czasem pozwolić na małe kuku w łokieć, i po prostu to przeczekać, a nie skakać, obmywać rany, zacierać proszkiem, i owijać w bandaż, a następnie czekać nad łóżkiem czy aby panicz czegoś sobie nie życie. O nie, nawet jeżeli, to Yin i Kazuma nie byli tego typu ludźmi. Zbyt wiele przeżyli w życiu, aby pozwolić sobie na rozpieszczenie swoich potomków. Oczywiście, Akasemis, jak typowy dzieciak, był wściekły na rodziców gdy nie chcieli mu kupi pieska, albo tony czekolady. Nie rozumiał, czemu rodzice są dla niego tacy niedobrzy! Był na to po prostu zbyt mały. Dla niego wszystko było proste i jasne – rodzice go nie kochali! Czasem się na nich fochał, tupał nóżkami, i marudził o tym, że jest mu smutno. Czasem sobie popłakał, czasem dostał wychowawczego klapsa. Ale nic co by mogło wpłynąć na jego życie jakoś specjalnie negatywnie. Każdego dnia wybiegał na wielką polanę, by wraz ze swoimi rówieśnikami porzucać się kamieniami, czy ponawalać badylami. I nic złego go nie spotkało ani z ich strony, ani ze strony kogokolwiek innego. Był niczym ptaszek, zdrowy, chętny do przemierzania świata. Często wracał po zmroku, co w jego wieku było bardzo nieodpowiednie, wręcz karygodne, i jak przystało na dzieciaka wychowanego przez Yin i Kazumę – zbierał solidny opierdziel. Krótko mówiąc - był zdrowym dzieciakiem, pełnym szczęścia i radości. Czy w ogóle była możliwość by to zepsuć? Z jego punktu widzenia wszystko było jak najbardziej w porządku, jednak Yin miała złe przeczucia. To był dopiero początek…

***

- … Na pewno? To może… pomóc? – zapytała Yin. Wraz z Kazumą siedzieli w dużym pokoju, na kanapie, uważnie się sobie przyglądając. - To w ogóle możliwe? – zapytała, spoglądając się w dół, ukrywając się przed wzrokiem męża, jakby się bojąc.
- Jeżeli Kekkei Genkai się jeszcze nie uaktywniło, to można to zatrzymać. – westchnął cicho. - Zastanawiam się, czy to aby jest dobry pomysł. – podrapał się po głowie i wstał z siedzenia. - I to raczej ja się powinienem zapytać Ciebie, czy to dobry pomysł. Nic mu to nie zaszkodzi, a jeżeli zrobimy to sprytnie, to nawet się nie zorientuje. – odpowiedział.
- Tak. Chyba to będziemy musieli zrobić. O wiele lepiej będzie, gdy nie zazna tego całego zła w swoim życiu. – powiedziała jakoś w dziwny sposób. - Sama już nie wiem. To jest bezpieczne? Nie chcę aby mu się coś stało.
- Nie ma szans aby coś sknocić. Po prostu zapieczętujemy moc Sharingana, tak, aby nie mógł go aktywować. Będzie to działać jak w przypadku sił ANBU – nie mogą, choćby bardzo chcieli, zdradzić informacji na temat swojej pracy. Po prostu tak to działa na ich ośrodek nerwowy, że na myśl o tym pieczęć się „uaktywnia” i dzięki temu milczą. – wyjaśnił Kauzma.
- Czyli… skoro to pieczęć… będzie ją można zdjąć, prawda? – zapytała.
- Tak… będzie można. Dlatego pieczęć powinniśmy nałożyć w niewidocznym miejscu. Oczy z naturalnych powodów odpadają… najlepiej będzie na tył głowy. Akasemis zawsze dobrze czuł się w długich włosach, i jakoś nie wydaje mi się, aby ot tak postanowił je ściąć. Samemu nawet się nie zorientuje, że coś jest nie tak. Bo co ma być? Będzie żył normalnie, funkcjonował, widział… będzie mógł mieć żonę i dzieci… - akurat tutaj ojczulek się mylił w upodobaniach swojego synka, ale to już inna historia. - … Nic mu nie będzie. – mężczyzna wstał z kanapy, i mocno się przeciągnął. - Po naszej śmierci pieczęć zniknie. Miejmy nadzieję, że dożyjemy jego dorosłości. – uśmiechnął się.
- Dobrze. Zróbmy to. – potwierdziła Yin. Ona również odeszła od swojego siedziska.
Dlaczego? Jaki sens miało to wszystko? Być może niektórym trudno było zrozumieć tok rozumowania rodziców Knetsu, ale to była ich prywatna sprawa. W końcu Akasemis był ich dzieckiem, i raczej nikt nie powinien wtrącać się w jego wychowanie, i to, co z nim robią. Przynajmniej tak uważali Yin i Kazuma.
Nad Cichym Wzgórzem powoli zaczynało się ściemniać. Słońce zachodziło za chmury, chowało się, ukrywało, ustępowało miejsca swojemu mniejszemu bratu – księżycowi. Atmosfera z minuty na minutę robiła się coraz mniej przyjemna – niemal jak w rasowym horrorze. Tylko czego tutaj się było bać? To tylko ludzka psychika tak wpływała na poczucie niepewności – a to zwykłe zapieczętowanie. Nic skomplikowanego.
- Niedługo powinien wrócić… - czarnowłosa wyglądała na dosyć zmartwiona całą tą sytuacją. Założyła ręce i smutnym wzrokiem spojrzała się na męża. Na jego zazwyczaj kamiennym obliczu, teraz również dało się dostrzec nutkę niepokoju. - Bądź… delikatny. – wyszeptała ocierając oko.
- Yin… on nic nie poczuje. Uśpię go. Tak będzie najlepiej. Po obudzeniu się, nawet nie będzie wiedział co się stało. Położymy go do spania, a rano obudzi się, jak gdyby nigdy nic. – przedstawił swój plan.
Siedzieli w ciszy, nie odzywając się od siebie. Panował grobowy nastrój. To co mieli zrobić pozornie było niczym, a jednak bali się. Nie wiedzieli co mogli się stać – teoretycznie nie powinno nastąpić nic złego, jednak to było zadzieranie z naturą – limit krwi to nie zabawka, którą można się posługiwać według własnej woli. Każdy był na swój sposób unikalny, a próba zatrzymania tej oryginalności mogłaby się skończyć źle. Dlatego siedzieli, i niemal trzęśli się ze strachu, a chłód bijący od zewnątrz, z podwórza, wcale nie umilał sytuacji.
W końcu otworzyły się drzwi. Było już ciemno, godzina dwudziesta pierwsza. Do środka wbiegł zdyszany Akasemis. Na twarzy miał uśmiech… no i oczywiście błoto. Na rękach też. I na nogach. I butach. I wszędzie. Widać, że dzisiaj miał udany dzień na zabawy, i bieganie po okolicznych lasach. Spojrzał się na swoich rodziców, a oni na niego.
- Dziecko, jak Ty wyglądasz! – powiedziała Yin, i natychmiast do niego podbiegła. - Już, marsz do kąpieli! No już, bo mi wszystko pobrudzisz, całe mieszkanie! Powinnam wam zabronić tych zabaw, kto to widział! Ja rozumiem, tu się ubrudzić, ale wy to chyba się w bajorze kąpiecie! – jakoś ta sytuacja rozweseliła lekko sytuację. Również i Kazuma się uśmiechnął, i zajął się czytaniem gazety. Wszystko jak gdyby nigdy nic się nie stało. - Zejdź tutaj do nas, jak już skończysz. – nakazała matka, a chłopak jedynie skinął głową.
Niebieskooki chłopiec udał się na górę, do łazienki, a tam dokładnie (oczywiście jak na dzieciaka) wymył, i przebrał w piżamę. Cóż, myślał, że pójdzie już spać… i w sumie miał rację. Powoli zeszedł po schodach, uważając żeby się nie wywrócić, i wszedł do salonu, gdzie siedziała Yin wraz z Kazumą.
Czarnowłosa podeszła do chłopca, i otuliła go mocno. W tym samym czasie Kazuma również się podniósł. Chłopczyk objął swoją rodzicielkę.
- Kocham Cię synku. Zawsze chcieliśmy dla Ciebie dobrze… - powiedziała cicho.
- Ale o co chodzi? – ledwo zdążył zapytać, a już padł w jej objęcia, nieprzytomny. Za młodym stał jego ojciec, który właśnie użył techniki usypiającej. Akasemis był młodym dzieciaczkiem, nie miał szans się na to nie nadziać, na dodatek wszystko było wykonane z zaskoczenia. Yin i Kazuma spojrzeli po sobie, jakby zastanawiając się co dalej.
- Po prostu go trzymaj. – nakazał Kazuma. Przyłożył dłoń do jego głowy, bardzo delikatnie i powoli. Ułożył ją na czubku, i wykonał standardową formułkę. On podobnie jak i Yin byli w końcu Shinobi – potrafili wykonywać jutsu, nie było to wiec dla nich niczym nowym. Czas jakby zastygł w miejscu. Znowu te spojrzenie, jakby nie wiedzieli co robić. Tyle razy wykonywali techniki Shinobi, a teraz jakby wszystkiego zapomnieli. Kazuma wziął głęboki oddech, i do drżącej ręki zaczął doprowadzać chakrę. Zgromadził jej całkiem sporo, tym samym mocno się męcząc, jednak nie miało to żadnego znaczenia – nie był podczas walki, nic mu nie groziło, mógł sobie na to pozwolić.
Pieczęć zaczęła rozchodzić się po główce dziecka. Swoją ciemną czernią idealnie dopasowała się do kolorów włosów młodego potomka Knetsu. Dało się usłyszeć cichy szmer, oznaczający, że wszystko przebiegło… pomyślnie. Obydwoje westchnęli z ulgą. Kazuma był zmęczony nie tylko fizycznie, przez ubytek chakry, ale wraz z żoną lekko się zmęczyli psychicznie. Nie wiedzieli co może się stać, bo z tego co wiedzieli, nikt nigdy wcześniej tego nie robił.
Mężczyzna położył dłoń w miejscu w którym znajdowała się pieczęć.
- Co robisz? – zapytała cicho Yin.
- Do tej pieczęci… dodam trochę swojej chakry. Dzięki temu… nawet gdy już nas nie będzie… on nie będzie mógł tego aktywować. Tylko w wypadku, gdy stanie się coś naprawdę złego. Coś bardzo, bardzo złego. Tylko wtedy pieczęć się zerwie. Gdy naprawdę będzie potrzebował tej mocy… - wyszeptał, i zrobił tak jak powiedział.
Chłopczyk leżał w rękach matki, nieprzytomny, spokojny, nieświadom tego co się tamtego dnia stało. Yin wzięła swoją pociechę na ręce, i wraz z nią udała się na górę. Weszła do jego sypialni, i delikatnie ułożyła go na łóżku. Spojrzała się na niego.
Wyglądał tak niewinnie, spokojnie, jakby nieskalany jakimkolwiek złem tego świata. Zupełnie jakby został właśnie rozgrzeszony. Pochyliła się nad nim, i czule pocałowała go w czułko. Uśmiechnęła się do niego, i usiadła na roku, spoglądając co jakiś czas, czy wszystko jest w porządku. Chłopak zaczął normalnie funkcjonować, i chyba najwyraźniej technika przestała działać, bo zaczął się już ruszać, zupełnie tak… jakby już spał normalnym snem. Na twarzy Yin zawitał spokój, i nieopisana radość. Akasemis również taki był. Wtedy, gdy wszystko było w porządku, cała rodzina mogła się wreszcie cieszyć zażegnaniem problemu, który tak bardzo ich trapił. Ich dziecko było „zdrowe”. Nie było już obaw o jego życie, o jego przyszłość.
Po policzku Yin, spłynęła kropla łzy, łzy… radości.
Delikatnie odsunęła włosy z jego głowy, by zobaczyć jak wygląda pieczęć.
Pod czarnymi włosami, na głowie dziecka znajdowała się pieczęć.
Skowronek.

Rozdział IV
Bo życie to nie bajka
Nastał czas radości, czas pełen szaleństwa, czas w którym wszystko co złe, przestało mieć znaczenie. Akasemis szalał niczym pies, latał, wszystko sprawdzał. Był chyba najbardziej radosnym dzieciakiem na świecie, a jego rodzice również odzyskali spokój ducha.
Nie było już właściwie żadnych niedogodności. Wszystko toczyło się swoim, odpowiednim rytmem. Każdy był zadowolony.
Akasemis miał już dziewięć latek, więc wiedział co i jak. Parę razy włożył palce nie tam gdzie trzeba, parę razy się oparzył, czy został podrapany przez dzikiego pieska z którym się chciał pobawić. Jak na swój wiek był bardzo uzdolniony, potrafił logicznie myśleć, a i niejedną rzecz na którą był za młody usłyszał.
Był bardzo ślicznym, radosnym chłopczykiem. Jeżeli porównać go do swoich rodziców, to zdecydowanie niemal wszystkie geny odziedziczył po matce. Teraz, gdy już trochę podrósł, było to widać. Czarne włosy, smukła sylwetka, radosny uśmiech na twarzy, delikatnie dłonie. Oczy i twarz, to właściwie czysta Yin. Byli do siebie podobni jak dwie krople wody. Po ojcu natomiast odziedziczył charakter – gdy Yin była spokojna i opanowana, Kazuma wręcz rwał się do roboty, i wszystko chciał „już, teraz, zaraz, natychmiast!”. Taki jego urok – za to kochała swoich mężczyzn.
Rodzice nie musieli już mu poświęcać tyle uwagi co wcześniej – tym bardziej, że byli bezpieczni o Sharingana. Musiałoby stać się coś naprawdę złego, aby został on aktywowany. Dzięki temu, mogli poświęcić się temu, co Shinobi robią najlepiej – wykonywaniu misji dla swojego wielmożnego Kage.
Żyli więc sobie wszyscy szczęśliwie, ciesząc się wszystkimi możliwościami, czerpiąc z życia garściami, nie przejmując się niczym.
Do czasu…

***

- […] Wychodzimy skarbie. Będziemy za jakieś dwa dni. Idziemy z tatą do Kraju Pazura, mamy tam pewną sprawę do załatwienia. – Yin pogłaskała Akasemis po główce i dała całusa, Kazuma zaś poklepał po ramieniu. -Jedzenie masz w lodówce, pieniądze na stole w salonie, jakbyś czegoś potrzebował, to pójdziesz do sąsiada obok, i poprosisz. Rozumiesz? – zapytała się dość poważnym tonem.
- Tak, mamusiu! – odpowiedział z uśmiechem na twarzy czarnowłosy chłopczyk.
- Nic się nie bój chłopie, duży jesteś! – zaśmiał się ojciec, i wraz z Yin zmierzyli w kierunku drzwi. - No to pa. Będziemy niedługo! Tylko nie siedź za długo przed telewizorem, bo Ci oczy wypłyną…! – zażartował jakże odkrywczo Kazuma, i pomachał wraz z żoną Akasemisowi.
Wyszli uśmiechając się

**


- Nooo gdzie oni iii sąąąąą? – Akasemis siedział na kanapie, podpierając się dłońmi, i gapiąc w telewizor, w którym leciał jakiś film. Niezbyt interesowała go treść. Bardziej zastanawiało go, gdzie podziewają się jego rodzice. Mijał już trzeci dzień, gdy nie pojawiali się. Czarnowłosy zeskoczył z siedziska, i udał się do kuchni. Nie zostało już tam wiele jedzenia. Parę płatków, trochę mleka, stary chleb, kilka batonów… - Głodny jestem! – krzyknął ze złością w tonie. Poklepał się po brzuchu który domagał się jedzenia. Wziął płatki śniadaniowe, zalał je mlekiem, i zaczął jeść na stojąco. Nie smakowały mu już. Kolejny dzień to samo – dla dzieciaka to niemal jak tortury. Nie miał pojęcia dlaczego rodzice nie wracają. Czasem się spóźniali, ale nigdy o jeden dzień! Nie wiedział co się dzieje, i zaczynał powoli panikować.
Czarnowłosy kręcił się po mieszkaniu, zaglądał w kąty, jakby zastanawiając się, czy Yin i Kazuma przypadkiem nie robią sobie z niego jaj, i nie chcą sprawdzić jego czujności. - Może się gdzieś ukrywają?... – zapytał sam siebie, drapiąc się inteligentnie po brodzie.
Gdy tak się szwędał bez celu po mieszkaniu, znalazł się przy okniem. Zauważył, że ktoś wchodzi na teren posiadłości, i przy bramie kładzie jakiś świstek. Akasemis, jak to dziecko, przyłożył łapy do szyby, i zaczął się wpatrywać kto to, w nadziei, że to jego rodzice powrócili już ze swojej misji. Strasznie nie lubił zostawać samemu, jednak musiał się z tym wreszcie pogodzić. Mężczyzna gdy go zobaczył, natychmiast zabrał się stamtąd, i szybko powędrował w stronę miasta. Akasems był zdziwionym takim zachowaniem.
Młody Knestu wybiegł przed dom, i szybko zabrał list podrzucony przez nieznajomego. Tak szybko jak wyszedł, tak szybko wbiegł do domu ponownie. Trochę bał się wychodzić z mieszkania gdy nie było rodziców. Zdjął bluzkę, bo aż mu gorąco się zrobiło. Usiadł na kanapie, a list położył przed sobą, wpatrując się w niego uważnie.
- De… par…ta…ment. – przeczytał głośno. - Nie wiem co to. Brzmi źle! – powiedział smutno, i rozejrzał się wokół siebie. Zawsze to rodzice odbierali listy które do nich przychodziły, a najczęściej były to niestety rachunki. - Ale skoro ich nie ma, to chyba ja to muszę zrobić, o! – uśmiechnął się, i sięgnął po specjalny nożyk do listów, którego zawsze używała Yin. Taki ładny, z drewnianą rękojeścią, na którym było coś zapisane, lub namalowane. Ciężko powiedzieć.
Otworzył i wziął go do swoich delikatnych rączek. Radość jaka była wymalowana na jego twarzy, w jednym momencie zniknęła. Ręka zadrżała. Ciało Akasemisa przeszyło ogromne zimno. Wypuścił list z dłoni. Ten, powoli, upadł na ziemię, bez żadnego hałasu, bez choćby odrobiny dźwięku. Upadł tak pusto, jak pusto zrobiło się w sercu Akasemisa…
Departament Kraj Ognia
Do: Akasemis Knetsu
Z przykrością informujemy, że stwierdziliśmy zgon Kazumo Knetsu oraz Yin Knetsu na misji w kraju Pazura. W celu dodatkowych informacji proszę zgłosić się do miejscowego oddziału.

Cisza.
Niebieskooki siedział, wpatrując się przed siebie. Ręce drżały mu niemiłosiernie. Zaczął głośno oddychać, próbował się opanować. - Jak to?... – podniósł dłonie, i złapał się za głowę. - O co chodzi?! Nie rozumiem, jak to?! – chwycił się za włosy, i mocno je ścisnął, niemal je sobie wyrywając. Strasznie bolało. - Jak to?! JAK?! Jakim… o co chodzi?! To jakiś żart?! Ktoś sobie ze mnie żartuje?! – krzyknął. - JAK TO! – przez cały dom przeszedł jego krzyk, echem odbijając się od mebli. - Jak, jak, jak? – wstał z kanapy, i pobiegł na górę, na pierwsze piętro. Wbiegł do swojego pokoju, cały zalany we łzach. Padł na swoje łóżko. Zaczął się na nim wić z bólu, płakać, krzyczeć. Jego ciało przeszywały okropne dreszcze. Zrzucił pościel z łóżka, wierzgając nogami. Złapał się za rękę tak mocno, że aż wbił w nią paznokcie. Podniósł się, i zaczął uderzać pięścią w poduszkę. - To jakiś żart, jakiś głupi żart! Ktoś mnie na pewno nie lubi! – łzy leciały mu po policzkach, ukrywając się w misiu którego właśnie chwycił. Dużego, pluszowego, brązowego misia. Przytulił go do siebie. - Niech pan powie panie misiu, że oni wrócą… Wrócą, prawda? Wrócą…

***

Nie wrócili.
Chłopczyk leżał na łóżku od dwóch dni. Nieruchomo. Nie schodził stamtąd. Bał się. Bał się ruszyć, bał się oddychać, bał się choćby drgnąć. Ciągle płakał, co sprawiło, że jego oczy piekły, a gardło bolało. Ciągle łkał, nie potrafiąc sobie z tym poradzić. Czuł, jak na jego głowie działo się coś dziwnego. Uczucie to było podobne do odklejana gumy do żucia, przyczepionej właśnie do włosów. Chłopak nie wiedział co się dzieje, nie miał pojęcia jak temu zapobiec. Tak naprawdę, oznaczało to mniej więcej tyle… że pieczęć którą nałożył Kazuma, właśnie wygasła. Została tam jedynie niewielka namiastka jego ojca, który tego dokonał.
- Panie misiu… - mocno go objął, i wtulił w niego głowę. - Czy ja… ja umrę? – zapytał go chłopczyk. - Czy ja już będę na zawsze sam? – podniósł pluszaka, i spojrzał się mu w oczy. Zdawało się, że wcześniej radosna maskotka, teraz przybrała smutną minę, i odwracała wzrok, uciekając od młodego potomka Knetsu.
Oddech chłopaka drżał. Ręce się trzęsły, a misio jak na złość nie potrafił go pocieszyć. - Ja… ja nie wiem co mam zrobić… Ja… jestem głodny. Tak bardzo głodny… - powiedział wyciągając się. - Mamo, zrób mi jeść! – krzyknął na cały głos, tak jak to robił zawsze, gdy jego rodzicielka była w domu. Zapłakał cicho. Nikt nie odpowiedział.
Został sam jak palec na tym świecie.
Nie było już nikogo.
Nicość…

***


Minął kolejny dzień. Kolejna nieprzespana noc. Kolejny płacz. Kolejny brak pomocy ze strony kogokolwiek. Nikt nie przyszedł zaopiekować się chłopcem. Wszyscy o nim zapomnieli. Teraz… teraz działo się coś gorszego, niż to, czego bała się Yin. Teraz chłopak był sam na świecie. Dziewięciolatek w mieście, którego znał tylko kawałek. Dziewięciolatek, którego nikt nie zna… i on nie zna nikogo.
Siedział cicho w swoim pokoju. Nie ruszał się stamtąd od prawie tygodnia. Był tak głodny, że zaczął wreszcie czuć ból. Przy łóżku zawsze trzymał butelkę z piciem, i co jakiś czas, gdy było naprawdę źle, schylał się po nią, i brał łyk, lub dwa.
Zamknął oczy. Już nie drżał, nie płakał, nie krzyczał. Był na to zbyt zmęczony. Wyglądał jak wrak człowieka, wrak dzieciątka. Tak, jakby od co najmniej kilku lat nic nie miał w buzi. Przez tak krótki czas schudł znacząco. Podniósł się wreszcie. Tak samo gwałtownie, jak i wtedy gdy gwałtownie upadł na łóżko. Skierował się na parter. Było tam strasznie zimno, niemal jak w kostnicy. Czuł strach, czuł się tutaj okropnie źle. Zaczęły go nachodzić wspomnienia. Widział swoją matkę na kanapie, swojego ojca czytającego gazetę, podwórze, po którym biegał gdy wszystko było dobrze. Niebieskooki poczuł się okropnie. Szybko założył buty, i wybiegł z mieszkania, trzaskając za sobą drzwiami, i ocierając łzy, które znowu zaczęły kapać na posadzkę…

***


Stanął przed tym budynkiem. Przed tym do którego kazali mu się udać. Wielkie, szare bloczysko, z ogromem okien, wyglądające jakby sama siedziba śmierci. Gdy szedł przez miasto, pytał się ludzi gdzie ono się znajduje. Większość ludzi omijała go, nie wypowiadając ani jednego słowa. Nie rozumiał dlaczego. Nie potrafił przyjąć do wiadomości tego, co się stało, że już nie jest tym kim był wcześniej.
Stał, i patrzył się tak bez celu, przez kilka minut.
- Wszystko w porządku? – usłyszał nagle głos. Mówiła starsza kobieta, babunia, która najwyraźniej zupełnie przypadkiem przechodziła obok. Położyła mu dłoń na ramieniu. Chłopak zadrżał. Stał cicho…
- Moi rodzice nie żyją. – odpowiedział chłodno. Kobieta spojrzała się na niego jakby zobaczyła ducha. Puściła go, i w pośpiechu zniknęła mu z oczu. A on stał, i obserwował. Zrobił pierwszy krok. I drugi krok… i trzeci krok… Pociągnął za klamkę, i wszedł do środka. Znajdowało się tam kilka okienek, w środku było dość dużo ludzi. Najwyraźniej każdy miał do załatwienia coś ważnego. Większość była jeszcze ubrana w kamizelki, lub inne pancerze oznaczające status Shinobi.
Jedno okienko było otwarte.
Czarnowłosy spojrzał się tam. W środku, na fotelu, siedział starszy pan, wypisujący coś na papierze. Akasemis był dość niski w tamtym okresie, nawet jak na dziecko, to też starszy dziadziunia mógł mieć problem z jego zauważeniem. Akasemis zrobił kroczek do przodu, i w końcu stanął przed okienkiem. Musiał stanąć na palcach, aby móc dosięgnąć doń okienka.
- Oh, przepraszam… - powiedział staruszek, i założył okulary. - Nie zauważyłem… pana? – zapytał niepewnie. - Hej, młodzieńcze, nie pomyliłeś przypadkiem budynków? Świetlica jest przecznicę stąd! – powiedział zdziwiony.
- Nie.- odpowiedział cicho chłopczyk. Pochylił głowę, zakrywając ją długimi włosami.
- A więc… - rzekł niepewnie. - W czymś mogę pomóc? Coś się stało? – zapytał urzędnik.
Akasemis siedział cicho przez kilka sekund. Przyszedł tutaj, aby dowiedzieć sięco z jego rodzicami. Dziewięciolatek, który miał usłyszeć powód śmierci swoich rodziców. Stał tak, i patrzył się w podłogę.
- Tak. – odpowiedział cicho.
- Muszę wiedzieć o co chodzi… - odrzekł urzędnik. Akasemis podniósł zapłakaną twarz. Urzędnik mimowolnie się odsunął. Twarz chłopaka była wychudzona, zmęczona, jakby przeżyła wiele cierpień. Bo i tak było. Czasem los jest okrutny.
- Moi… rodzice… - znowu miał problem z kontrolowaniem oddechu. Chciał wytłumaczyć o co chodzi, ale… - Nie… żyj… nie mogę, nie potrafię, przepraszam! – wykrzyknął na cały głos, i rozpłakał się. Wszyscy ludzie w środku spojrzeli się na niego. Czarnowłosy rozpłąkał się, i upadł na ziemię, na tyłek. Podeszła do niego jakaś kobieta.
- Co się stało sk… - nie zdążyła zapytać.
- Zostaw, nie dotykaj! – warknął Akasemis, i szybko pozbierał się z ziemi. Pędem pobiegł w stronę drzwi. Nie odwracał się, obawiał się tych wszystkich spojrzeń, miał wrażenie że wszyscy są teraz na niego źli, że każdy ma mu to za złe. Ale co? Nie wiedział. Bał się. Po prostu zaczął bać się ludzi. Za każdym razem gdy kogoś widział, kogoś twarz… czuł się pożerany żywcem. Zatrzymał się tuż przed wyjściem. - Ja… ja chcę tatę i mamę… tylko tyle…


Rozdział V
Widzisz, chłopcze…

Mam jedenaście lat, czuję się jakbym miał sto-jedanaście. Moi rodzice nie żyją, nie mam mieszkania… zabrali mi je, bo nie płaciłem rachunków. Jak do chuja pana miałem płacić rachunki skoro nie mam pracy? Teraz mieszka tam jakaś bogata rodzina, która wykupiła mieszkanie za bezcen. W końcu bezpańskie. Oni chyba myśleli, że ja nie żyję? Nikt mnie nie szuka/ Nie chcą mnie oddać do domu dziecka, czy coś? Nie rozumiem tego…. Ale tak jest chyba lepiej. Nie istnieję. Jestem cieniem. Tylko co to za życie? Nikt mnie nigdzie nie zatrudni, takiego szczyla. Od dwóch lat jem to co ukradnę, lub wyżebram. Nie mam już siły na nic. Mam ochotę się zabić. Rzucić to wszystko, skoczyć z mostu. Uwolnić się od bólu. Ciągle czuję jak napieprza mnie głowa. Nie daję rady. Ostatnio ciągle wymiotuję. To pewnie przez to śmieciowe żarcie. Nie odzywam się do nikogo… boję się. Mam wrażenie że na mnie patrzą, że mną gardzą, jakbym był z jakiegoś wyklętego rodu… Zastanawiam się, czy aby z moją makówką wszystko w porządku...
- Skoro piszę te bzdety na kartce papieru! – zasyczał pod nosem.
Zgadnijcie gdzie się znajdywał?
Pod swoim byłym domem.
Niebieskooki podarł kartkę, zostawiając z niej tylko okruchy. Klął przy tym pod nosem. Był ubrany w stare, przepocone, znoszone ciuchy. Najzwyczajniej w świecie nie było go stać na lepsze. Tak to już jest, gdy nie ma się na nic pieniędzy, a wszystko co się posiada, ma się z żałosnej jałmużny, lub ukradzione. Słonce już dawno zaszło, była noc, robiło się niebezpiecznie. Idealna pora dla Akasemisa, który nie lubił ludzi. Tak jak kiedyś ostrzegano go przed takimi wandalami… teraz sam był kimś takim.
Chłopak chwycił za kamień, i podrzucił go kilka razy. Spojrzał się na to miejsce, które niegdyś było schronieniem. - Nienawidzę was. Wszystkich. – splunął na ziemię. Wziął ostry zamach… i po prostu rzucił w okno mieszkania. Twardy kamień niemal w zwolnionym tempie leciał, aż w końcu z hukiem uderzył w swój cel. Bardzo dobrze, świetnie, wyśmienicie! Szyba roztłukła się na drobne kawałeczki, a echo rozniosło się po całej okolicy. Ktoś krzyknął, ktoś inny zaklął, i podbiegł do okna, by zobaczyć, kto jest sprawcą tego niecnego uczynku.
Ale sprawcy już nie było. Uciekł, schował się miedzy uliczkami, śmiejąc się do rozpuku ze swojego występku.

***


- No dalej, dalej, ja nie mam czasu, ja tu interesy robię! Śmierdzące lenie, gówniarze, no na co czekacie? Jazda! – staruszek poganiał kilku nastolatków. Pakowali oni owoce damom, które właśnie stały przy stoisku ów handlarza, i czekały na podanie im przepysznych kokosów, ananasów, czy innych rarytasów, o których co niektórzy mogliby pomarzyć.
- Panie Sezamura, pana produkty są świetne! Nie wiem, skąd pan ma to wszystko, ale smakuje wyśmienicie! – powiedziała jedna z nich.
- Cieszę się, że pani smakuje! – uśmiechnął się dziadek, prezentując swoje żółte zęby, które aż błyszczały się na myśl o tym, że zaraz w łapy wpadnie mu trochę mamony. - To będzie trzysta rou! – rzekł z radością, zacierając rączki. Chłopcy spojrzeli się po sobie, wiedząc, że znowu czeka ich sporo roboty by wybrać „te najlepsza, największe, najsmaczniejsze, nierobaczywe” i inne takie.
Dama sięgnęła do torebki, chcąc wyciągnąć portfel. W końcu czymś musiała zapłacić za towar. A czym innym jak nie mamoną? Cóż, dziadek pewnie by się cieszył, gdyby jeszcze jakaś chciała mu dać, ale nie ten wiek, nie ta uroda, i nie ten sprzęt.
W pewnym momencie dało się usłyszeć ogromny pisk. - Matko kochana! – krzyknęła damula. Z hukiem upadła prosto na stragan, lądując twarzą w pomidorach, brudząc swoją śliczną bluzeczkę, oraz buźkę. Przewrócił ją niski, szczupły, i wątły chłopak.
- Złodziej, złodziej, łąpcie go! – krzyknął handlarz, gdy zauważył, że chłopak trzyma w ręku… nic innego, jak torebkę jego klientki. Jak się okazało, przypadkiem w pobliżu był patrol strażników. - Do cholery, jebane tłumoki! Na co czekacie kurwa, ścigajcie go! – ci, widząc sytuację, natychmiast ruszyli w pogoń za złodziejem. Chłopak wbiegł w wąskie uliczki miasteczka, jednak to że im zniknął, to nic. Znali go już doskonale. Wiedzieli kto to.

***

- Akasemis, złodzieju parszywy, gnojku cholerny! Wyłaź stąd, bo Ci wszystkie nogi z dupy powyrywam! – krzyknął strażnik. Znajdowali się między kilkoma budynkami. Dzielnica była typowo gastronomiczna, tak więc miała spore zaplecze „śmieciowe” gdzie można było lawirować między krętymi korytarzami, a i sporo miejsc na ukrycie było. Mniej, lub bardziej śmierdzących stęchlizną.
Strażnicy stali na rozwidleniu dróg.
- Sai, idź w prawo, ja zajmę się lewą stroną. – poinstruował swojego kolegę po fachu. Zgodnie z planem, tak zrobili.
Sai szedł powoli, i uważnie rozglądał się po okolicy. Trafiła mu się o dziwo ta lepsza. Nie było tutaj wiele miejsc do ukrycia się. Jak na taką miejscówkę, nie było tu ani zbyt wielu śmietników, ani kartonów.
Szedł cichutko, na paluszkach, w pogotowiu miał swoje Tanto. Znał Akasemisa dobrze – wiedział, że to złodziejaszek. Nigdy jednak nie posunął się do czegoś takiego – okraść kogoś w biały dzień, przy ludziach? Strasznie nietaktowne! O ile wcześniej to było wyniesienie kilku jabłek ze sklepu za pazuchą, to tym razem miarka się przebrała. Tym bardziej, że poszkodowana zapewne będzie wnosić pozew o zniesławienie, próbę zabójstwa, i inne takie! Z pewnością trzeba było go zatrzymać.
W pewnym momencie Sai usłyszał szelst, za kartonami. Obrócił się w ich stronę. Zrobiło się dziwnie cicho, tak jakby nagle całe życie w okolicy wymarło. - Mam cię! – krzyknął, i kopnął w ogromny karton, który blokował przejście do mniejszej uliczki. Siedział tam skulony Akasemis, który próbował się ukryć. Niebieskooki natychmiast się podniósł, i zaczął biec za siebie. Biegł tak szybko, ja tylko pozwalały mu na to nogi, nie zatrzymywał się ani na moment. Nie wiedział jednak, że to droga do nikąd. Po kilku sekundach, uliczka już się skończyła. Był zakręt… a potem ściana. Ściana budynku. Nie do przeskoczenia.
- Stój spokojnie! – krzyknął strażnik, który miał w ręku Tanto. Akasemis patrzył się na niego z przelaniem w oczach. Nie wiedział do czego może być zdolny. Szybko popędził na niego, sądząc, że najlepszą obroną, będzie atak. Wyprowadził cios, celując w brzuch. Miał ledwo ukończone dwanaście lat, więc trudno by było mówić o innych częściach ciała – był na to po prostu za niski. Niestety, jego cios został przechwycony. Sai złapał go za nadgarstek, i wykręcił go tak, że aż chrupnęło. Chłopak syknął wściekle, i upadł na ziemię.
- Spokojnie, gnoju! - nie ma to jak dobra perswazja. Facet złapał dwunastolatka za ubrania, i podniósł go na równe nogi, spoglądając mu się w oczy. - No, to teraz się doigrałeś! Wcześniej przymykaliśmy oczy na Twoje wybryki, ale teraz przegiąłeś strunę! Co ty sobie myślisz, co?! – warknął na niego.
- Dobra, dziadku, skończ, bo się oplujesz. – odpyskował chłopak.
- Idziesz ze mną, jasne?! – złapał go za jedną rękę i próbował pociągnąć za sobą. Akasemis stawiał lekki opór. Perspektywa rozmowy ze strażnikami, nie wydawała się być zbytnio interesująca.
- Oczywiście, że jasne. – uśmiechnął się pod nosem, i tak jak stawiał opór, tak teraz… po prostu szedł grzecznie.
Sai niestety był głupi, zaufał nie tej osobie której trzeba. Uznał, że szczyl rzeczywiście się go posłucha, że ma respekt do strażnika miejskiego – do osoby podlegającej Kage. Pomylił się. Schował broń do pochwy, i to go zgubiło. To było najgorsze, bo mógł zrobić. - Widzisz, chłopcze… nie możesz tak robić! Wiesz czego się teraz doigrałeś?! – poczuł się bezpiecznie…
Zbyt bezpiecznie.
Nie zdążył zareagować gdy usłyszał syk wyciąganego ostrza. Chciał się obrócić, ale nie zdążył. Upadł na ziemię, krztusząc się własną krwią. Trzasnął głową o śmietnik, który akurat znajdował się przed nim, obryzgując go krwią. W jedną sekundę został pozbawiony życia.
Nad nim stał jego morderca. Dwunastolatek. Chłopczyk, o ślicznych, niebieskich oczach. Ten sam, który kiedyś ganiał za motylkami, radował się z kolegami, i rzucał błotkiem. W tej jednej chwili, wbił mu nóż w plecy, przebijając płuco, i przeciągając ostrze wzdłuż ciała, tak, aby zadać jak największe obrażenia. Zamordował go ten sam chłopczyk, który miał być pozbawiony tego wszystkiego. Tej nienawiści do świata. Ale nie… to nie był ten sam chłopiec. Akasemis się zmienił. To już nie był ten słodki Akaś którego znała Yin i Kazuma. To był… to był inny człowiek. Już nigdy nie będzie taki sam.
- Zabiłem go… - powiedział cicho. Wystraszone hałąsem wywołanym przez upadający kosz kruki odleciały w pośpiechu. - Ja… ja zabiłem człowieka… - powiedział cicho raz jeszcze. - Jestem mordercą… - szeptał. - Czy ja?... Tak, zrobiłem to… Czy powinienem płakać? – zapytał się. Nikt mu nie odpowiedział. - Gdyby nie to, skończyłbym w poprawczaku, albo gorzej… musiałem. – złapał się za głowę. Podniósł torebkę którą wcześniej ukradł, i spojrzał się na zwłoki. Były ohydne. Już teraz zaczęły się do nich dobierać robale które powyłaziły z zaułków. Krew lała się obficie, brudząc wszystko co tylko się dało. Cała okolica była we krwi. Najwyraźniej chłopak przeciął którąś z aort. - Nie czuje nic… nie czuję smutku… - powiedział ze strachem. Usłyszał również i szelest. Ktoś był w pobliżu…

***


- Sai? Sai, wszystko w porządku?! Gdzie jesteś?! – to głos drugiego strażnika. Wbiegł do miejsca w którym znajdowało się ciało jego kolegi po fachu. Zakrwawionego, którego pożerały robale, szczury, i koty. Ale tego kto był za to odpowiedzialny, już tam nie było.
Ten kto zabił Saia, zbiegł. Na wolności był morderca…


Rozdział VI
Deszcz nad miastem

- […] Był naszym bratem, mężem, ojcem, wujkiem. Służył swojej ojczyźnie dobrze, i umarł w jej obronie. Jego dzieci na zawsze zapamiętają go jako troskliwego, lecz stanowczego ojca. Tak samo jak zapamiętamy go my. Po prostu jako dobrego człowieka. – wszyscy się rozeszli. Sai, strażnik został pochowany na cmentarzu, wraz ze swoją matką, i ze swoim ojcem. Nad jego trumną płakała cała jego liczna rodzina, i przyjaciele. Żalów i lamentów nie było końca.
- Co wy wiecie o smutku… - podparty o murek stał chłopak. Na głowie miał kaptur, cały był szczelnie owinięty, tak, że trudno go byłoby poznać. Ale o to mu właśnie chodziło. Kto by na to w ogóle zwracał uwagę? Miał pozostać In cognito, i tak właśnie było.
Zaczął padać deszcz. Płacz kobiet był już zagłuszany. Ulewa dawała się we znaki. Ludzie nie mogli tam długo czekać, i o to właśnie chodziło Akasemisowi. Gdy wszyscy się rozeszli, on po prostu podszedł do grobu, i stanął nad nim, przyglądając się mu.
Deszcz, smutek. Pokora. To wszystko kojarzy nam się ze złymi rzeczami, i wcale nie było inaczej. Życie solidnie dawało nam wszystkim w kość, jednak Akasemis… jego los szczególnie nie lubił.
- Chyba zrobiłem to, czego tak bardzo moi rodzice nie chcieli abym robił. Stałem się tym, przed kim zawsze mnie ostrzegali. Jestem mordercą. Zabiłem Cię. – pochylił głowę. - Chyba powinno mi być smutno, ale… tak długo głodowałem, tak długo się zamartwiałem, że po prostu… ludzkie uczucia ode mnie odeszły. Nie potrafię już być tym Akasemisem, którym byłem wcześniej. – wyszeptał. - Teraz jestem skończony. Jestem nikim. Pozostało mi tylko… udać się na wygnanie… - przetarł czoło, i sięgnął do plecaka, który sobie kupił za ukradzione pieniądze. - Przepraszam. – położył na jego grobie kwiatek. Małą, czerwoną różę. Słyszał na mieście, że takie właśnie lubił.
I już nigdy więcej jego noga tam nie postanęła.

Rozdział VII
Quo Vadis?


Niebieskooki udał się na wschód, tam, gdzie prowadziło go serce. Szybko. Bardzo szybko. Czuł się w tym mieście źle, podle. Wiedział, że zrobił bardzo złą rzecz, i to tylko kwestia czasu, zanim go wytropią. Tak to już niestety bywa – narobiłeś sobie problemów, to sam je rozwiązuj. A rozwiązaniem wybranym przez Akasemisa była ucieczka.
Nie tracił więc czasu, i udał się w podróż, wcześniej zabierając wszystko co miał… czyli właściwie nic. Był biedny jak mysz kościelna. Zabrał jedynie troszkę jedzenia, i pieniędzy, które zostały mu z tej zakończonej morderstwem kradzieży. - To nie tak miało być… Całe moje życie powinno potoczyć się inaczej… - stwierdził. - Za jakie grzechy mnie to spotyka? Czy moi rodzice coś zrobili i ja przez to muszę cierpieć? Nie rozumiem… -
Chłopak podróżował przez wiele godzin, w samotności. Zastanawiał się nad tymi ostatnimi latami, i w końcu doszedł do wniosku, że najlepiej byłoby po prostu umrzeć. Bo co innego może zrobić złodziej, morderca, poszukiwany w rodzinnym mieście? Miał zszarganą reputację, był zwykłym gnojkiem. Gdyby był Shinobi, to właśnie uzyskałby status Nukenina. Tak więc… Szedł po prostu przed siebie.

***


Lina już wisiała na gałęzi drzewa. Na wzgórzu , które dawało wspaniały widok na miasto. Miasto, które niegdyś było jego domem… To właśnie je chciał zobaczyć przed swoją śmiercią.
Czyż to nie smutne? W takim wieku… gdy jeszcze nic się nie wie… chce zakończyć życie. To tragiczne. Tak nie powinno być. Los nie powinien był go tak potraktować. Gdy inni pławili się w luksusie, on głodował. Gdy inni chodzili w drogich, markowych ciuchach, on szlajał się w tym co wyrzucili. A gdy już wszystko miało być dobrze… to każda rzecz jaka mogła się posypała.
Niebieskooki trzymał w ręku kłodę.
Ułożył ją pod drzewem, i chwycił za linę.
Wszedł na swój prowizoryczny stolik, i ostatni raz zerknął na swoje rodzinne miasto.
Z oczu poleciały mu łzy. Łzy smutku, i rozpaczy, że tak to ma się zakończyć.
Nie potrafił inaczej. Nie potrafił żyć z mianem mordercy.
Założył pętlę na szyję, i mocno ją zacisnął, chcąc być pewnym, że śmierć będzie szybka i bezbolesna.
Zamknął oczy, i wziął głęboko oddech, powstrzymując się od szlochu.
Miał zamiar popełnić samobójstwo. Tu i teraz.
Stał tak nieruchomo przez kilka minut, nie myśląc o niczym. W głowie miał pustkę.
- Przepraszam. – wziął mocny zamach, i kopnął w kłodę.
Poczuł jak pęta zaciska się na jego szyi.
Przed oczyma mignęło mu jego całe życie…
- Kurwa mać! – usłyszał damski głos, który wybitnie nie był zadowolony z tej sytuacji.
Do jego uszu dotarł świst który już znał. Świst wyciągengo ostrza. Upadł na ziemię, dupą trzaskając o zimną podłogę.
- Kurwa! – poczuł ogromny ból w karku, jednak nie dlatego że właśnie zostały przerwane kręgi szyjne, a dlatego, że przywalił głową o stolik który przed chwilą przewrócił. - Ja pierdole!
- Ty pierdolisz?! Kurwa dzieciaku, co ty robisz?! – młoda kobieta podeszła do Akasemis, i chwyciła go za fraki, strzelając mu w twarz z plaskacza. - Ty… Ty idioto! – warknęła. - Co ty wyprawiasz, życie Ci niemiłe?! – darła się tak głośno, że aż prawie bębenki pękały.
- W sumie to… tak. Nie widać? – zapytał ironicznie. - Już nawet zabić się nie potrafię.
- Kurwa, debil no. Debil! – splunęła i puściła go, przez co znowu upadł na ziemię. - Ile ty dzieciaku masz lat?! Dziesięć?!
- Trzynaście. – odpowiedział sucho.
- I coś ty chciał zrobić!?
- Zabić się. Przecież sama to powiedziałaś.
- Zamknij buźkę bo jeszcze raz Ci nastrzelam! – uderzyła się otwartą dłonią w czoło. - Mogłam Ci pozwolić to zrobić! Bo co teraz?! Jak odejdę to znowu spróbujesz? – zapytała, lecz odpowiedziała jej tylko cisza.
- Nie widziałem Cię. Jak to zrobiłaś? – próbował zmienić temat. Spojrzał się na swoją wybawicielkę po raz pierwszy od kiedy rozmawiali. Była to blondwłosa kobieta o zielonych oczach, i bardzo jasnej cerze. Z twarzy wściekła jak osa. Figurę w sumie miała podobną. Trzymała złożone ręce, i patrzyła wściekle na Knetsu.
- Shunshin no jutsu! – powiedziała, łapiąc się pod biodra. - Zdążyłam przeciąć sznur w ostatnią porę. Ćwierć sekundy i by było po Tobie!
- Shunshin… no… co? – zapytał. - Nic nie rozumiem.
- To Jutsu! Nie wiesz co to Jutsu? – zapytała z ogromnym zdziwieniem. - A tak, Ty zapewne miastowy… - westchnęła. - Każdy człowiek ma w sobie chakrę, którą może wykorzystać do.. jakby to nazwać… ponadnaturalnych zdolności. Są też klany, takie wiesz… wyjątkowe! Oni to potrafią cuda na kiju! – gestykulowała obficie.
- Nauczysz mnie?! – Akasemisowi zaświeciły się oczy, i natychmiast podniósł się z ziemi. - Proszę, proszę, proszę! Też chce być taki szybki! Wooow, to musi być dobre! Mógłbym wtedy podglądać dz… - zamknął się natychmiast gdy zdał sobie sprawę, z kim właśnie rozmawia. No cóż, lepiej by było nie dostać od niej kolejny raz, bo co jak co, ale dłoń to miała szybszą.
- Nauczyć Cię?... – zastanowiła się. Niebieskookiego bardzo to zdziwiło, ale chyba rozumiał jej tok postępowania. Napięcie narastało, narastało, narastało… - Nie.
- Hura…! Co?! Nie? Dlaczego?! – żachnął się obrażony chłopak, i stanął na równe nogi. - Proszę, zrobię wszystko, wszystko! – złożył błagalnie ręce.
- Nie zabijesz się? – zapytała się całkiem poważnie.
Akasemis spojrzał się na nią, i skierował głowę w dół.
- Nie. – potwierdził.
- W takim razie chodź ze mną. – odwróciła się do niego tyłem, i zaczęła schodzić ze wzgórza, na którym miała miejsca cała ta akcja.
- Dokąd zmierzasz? – zapytał Knetsu.
- Nie nauczę Cię tego, bo mają do tego prawo tylko dobrzy nauczyciele. Ja bym jeszcze coś sknociła, zostałbyś „tym złym” czy coś, i by było na mnie! Zaprowadzę Cię tam, gdzie zajmują się szkoleniem Shinobi. Tam powinni Ci dać jakieś stypendium, czy coś…
- Jak się nazywasz? Ja jestem Akasemis.
- Yuri. – przedstawiła się.
- Ile masz lat?
- Zawsze zadajesz takie pojebane pytania?
- Tak! – uśmiechnął się głupkowato. Pierwszy raz od wielu lat miał tak luźna rozmowę, i to na dodatek kilka minut po nieudanej próbie samobójczej. - A dokąd idziemy?
- Ehh… - westchnęła głośno, będąc chyba powoli zmęczona całą tą sytuacją. - Do Akademii Shinobi. – odpowiedziała krótko. Najwyraźniej nie lubiła owijać w bawełnę, i wszystko prezentowała wprost.
- Dlaczego mi pomagasz? Dlaczego jesteś taka dobra? Przecież przed chwilą o mały włos byś mnie nie zabiła, za tą próbę samobójstwa… – zadał pytanie.
- Posłuchaj mnie raz a uważnie. I radzę Ci myśleć tak samo jak ja. – odwróciła się do niego i spojrzała prosto w oczy. - Jestem dobra...
... bo mogę być dobra.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Nieaktywne Postacie”