Ninja Gaiden
http://ninjagaiden.pl/

Gdzieś na pustyni...
http://ninjagaiden.pl/viewtopic.php?f=99&t=5687
Strona 5 z 8

Autor:  Takeru [ So, 29 cze 2013, 15:16 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Spoglądałem na Mesayato moimi lśniącymi złotem oczami. Jego zmieszaniu i ostrożności nie było końca, tytułował mnie nawet per PAN!
-Hahahahahahahahahhaha...-wybuchłem gromkim śmiechem i zaplotłem ręce z tyłu na karku po czym wygodnie rozsiadłem się w miejscu, w którym już wcześniej się znajdowałem. Założyłem nogę na nogę w takim sposób, że stykały się tylko w okolicach kostek i wyciągnąłem je daleko w przód. Mój nowy znajomy nie wyglądał na kogoś silnego, kogoś kto mógłby mi zrobić krzywdę. Wiedziałem, że jestem od niego silniejszy, a jednym uderzeniem połamałbym mu kark, lecz...siła nie jest najważniejszym przymiotem w świecie shinobi, byłem tego w stu procentach pewien. Mimo tego pozwoliłem sobie na chwilę relaksu i pewności siebie.
-Nie musisz mnie tytułować per Pan. Mimo tego nie wiem czy mogę zdradzić Ci moje imię. Wraz z imionami podąża wielka moc, informacja, która jest najważniejszym czynnikiem w czasie pokoju...a także wojny.-moje słowa skierowane były teraz prosto do chłopaka, który usiadł na rozgrzanym piasku. Miałem nadzieję, że nie przypali sobie tyłka i nie zacznie skakać jak opętany albo co gorsza ! Oby nie znalazł go żaden skorpion, taki, jak kilka tygodni temu...od niechcenia odbiłem się łopatkami od przyjemnego podparcia, którym była kora drzew i pomacałem miejsce po ukąszeniu, które na samą myśl o dawnych przygodach zaczęło mnie swędzieć. Po chwili zastygłem w tej samej pozycji co wcześniej.
-Na razie możesz do mnie zwracać się Tori albo Kuroi Tori. Jest to mój pseudonim, który pozwala Ci na odnalezienie mnie tylko wśród moich najbliższych znajomych i wśród ludzi, u których budzę szacunek. Radzę Ci na przyszłość także nie zdradzać swoich prawdziwych danych o ile...-tutaj zamilkłem i zaśmiałem się w duchu.-o ile faktycznie przedstawiłeś się swoimi prawdziwymi danymi.-dokończyłem po chwili i wyciągnąłem buteleczkę wody. Pociągnąłem dość spory łyk i odłożyłem ją obok siebie wbijając sprawnie ruchami okrężnymi w piasek zupełnie jak chłodny browar na piaskach otaczających gdzieniegdzie Kumo.
-Nigdzie nie mogę znaleźć niczego ciekawego...nawet w takim zapyziałym miejscu jakim jest Suna...ehhhh....-westchnąłem i spojrzałem na chudzielca.-Jesteś shinobi Mesayato?-pytanie, które padło w stronę nowego znajomego miało lekkie zabarwienie kpiny i drwiny, ale sformułowałem i zabarwiłem je w tak subtelny sposób, że tylko najbystrzejszy bierny obserwator dostrzegłby ten szczegół.

Autor:  Mesayato [ So, 29 cze 2013, 18:31 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Spojrzał na Niego, kładąc się na piasku. Hai, Tori-sama... jestem shinobi a... przynajmniej próbuję być. Nie stawiam na siłę fizyczną... - dodał, patrząc na Niego ukradkiem. Później, czując się już troszkę bezpieczniej, spojrzał w niebo. Jak zwykle nie było tu ani jednej chmury. Westchnął cicho, spoglądając na Tori'ego. Zaczął się zastanawiać, czego taki ninja szuka na pustyni... Mówił, że szuka znajomych, przygód albo nowych doświadczeń. Na pustyni raczej nie ma tłumów, przygody i nowe doświadczenia to jedynie walka ze skorpionami albo burze piaskowe. Bo co innego? Zaśmiał się cicho, patrząc na Niego. Wiesz... Tori-sama... trochę mnie dziwi, że szukasz znajomych akurat tutaj... -przerzucił wzrok na niebo-... bo na pustyni to zazwyczaj dość... KHY KHYM... mało ludzi przebywa. Więcej jest ich chyba w wiosce. Nie myślałeś, żeby tam najpierw spróbować kogoś znaleźć? Miałbyś dużo większą szansę na to, niż tutaj... no chyba, że starczy Ci towarzystwo wody, piasku i drzewa. Uśmiechnął się lekko.

Autor:  Takeru [ So, 29 cze 2013, 21:04 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Mój rozmówca położył się na piasku i zrelaksował tak samo jak ja. Wiedziałem już, że nie mam się czego bać, mimo tego cały czas byłem czujny. Mój charakter i ogólne doświadczenia uprzedzają mnie do tego typu spotkań. W głowie cały czas miałem mojego sensei'a, który przebity na wylot wypluwał z siebie ostatnie krople krwi. Potrząsnąłem szybko głową i skupiłem się na tym co mówi Mesayato.
-Siła fizyczna nie jest najważniejsza, aczkolwiek dziwie się, że Suna posiada w swoich szeregach tylko takich cherlaków, którzy stawiają na intelekt i pomysłowość oraz finezję w walce. Czasem nie ma innej opcji jak brutalna siła, która pozwala na przepchnięcie się do dalszych możliwości w walce...-dumając na ten temat oparłem się z powrotem rękoma na piasku przy pośladkach i podniosłem się lekko przypierając do kory drzewa.
Kolejne słowa chłopaka mnie zaskoczyły, ale także zmusiły do pewnego rodzaju refleksji.
-Sam nie wiem czemu tutaj przyszedłem. Po ostatniej wyprawie zrozumiałem, że czegoś mi brakuje. Krwi, walki, znajomych, z którym mogę pokonać każdego przeciwnika. Pamiętam każdą chwilę z tamtego wyprawy. Każde zamykające się oczy i ciała pochłaniające przez piaski pustyni. Po prostu nie mogę wyprzeć z umysłu tych wspomnień. Tyle istnień zostało wtedy pogrzebanych przez pustynię...tyle ludzi musiało zapłacić najwyższą cenę za uratowanie wioski, która tak czy siak nie odwdzięczyła się w żaden sposób....-zamilkłem na chwilę. Sam nie odpowiadałem dokładnie na pytanie postawione mi przez mojego rozmówcę, ale co z tego? Czasem człowiek papla co przyniesie ślina na język i nie rozmyśla długo nad swoimi słowami.
-Myślałem, że jeśli tutaj wrócę to spotkam kogoś z kim będę mógł porozmawiać...i proszę...o to Ty. Samotny podróżnik przemierzający pustynię. Powiedz mi Mesayato, nie boisz się sam wędrować po tych terenach?-moje pytanie zakończyłem wbiciem wzroku w chłopaka, który właśnie miał przejść mój mały teścik.

Autor:  Mesayato [ So, 29 cze 2013, 21:42 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Gdy rozmówca poruszył się, młody Sunańczyk instynktownie spojrzał w Jego stronę, w razie, jakby chciał zaatakować. Nie wiedział czemu, ale nie do końca jeszcze mógł Mu zaufać... może to przez te blizny? Sam nie wiedział. Spojrzał Tori'emu prosto w twarz, gdy ten zadawał mu pytanie, a jego wzrok wywołał ciarki na plecach młodego genina. Mimo wszystko zaraz się ogarnął i spojrzał w niebo na chwilkę, zastanawiając się. Po kilku sekundach znów zatrzymał oczy na twarzy przybysza z KumoGakure No Sato. Wiesz, Tori-sama... w dzisiejszych czasach ciężko jest nie bać się wyjść gdziekolwiek. Też trochę boję się o swoje życie, ale nie zamierzam spędzić go całego w domu. Poza tym mam cele do spełnienia, a bez ryzyka nic nie osiągnę. A... skąd to pytanie, Tori-sama? Uniósł lewą brew ku górze, patrząc na Niego. A Ty? Nie boisz się sam przebywać tak daleko od swojej wioski w takim miejscu? Hmm? Spojrzał z zaciekawieniem na Niego, czekając na odpowiedź.

Autor:  Takeru [ Śr, 3 lip 2013, 11:49 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

W czasie, gdy Mesayato odpowiadał na moje pytanie ja wstałem z ziemi podpierając się na rękach. Przez chwilę zawisłem w powietrzu utrzymując się tylko na sile moich tricepsów. Zrobiłem jedną pompkę i wstałem delikatnie opadając nogami w tył. Gdy tylko znalazłem się w pionowej pozycji rozciągnąłem się i rozłożyłem ręce na boki. Spojrzałem w niebo i chrząknąłem.
-Twoja nieufność emanuje z Ciebie w moim kierunku tak bardzo, że sytuacja prosi się o sprostowanie...taki marny genin jak Ty nie jest dla mnie zagrożeniem i nigdy nie będzie. W kilku sekundach przeciąłbym Ci wszystkie tętnice i padłbyś martwy. Zresztą...jak większość Sunijczyków, których do tej pory spotkałem. Wszystkich pogrzebał wiekopomny piasek...-chrząknąłem jeszcze raz i zdjąłem swój czarny sakkat odsłaniając całą twarz. Następny w kolejce był płaszcz. Ściągając go od razu złożyłem w rulonik i położyłem przy drzewie, o które się oparłem plecami i patrzałem z tej pozycji na swojego rozmówcę.
-Czy boję się znajdować w takim miejscu, daleko od wioski, od ludzi, którzy mogliby mi pomóc...-zacząłem się przez chwilę zastanawiać. Nie byłem typem osoby, który pewnie odpowiedziałaby bez namyślunku ,,oczywiście, że tak, nie ma niczego strasznego na tym świecie"...Po chwili uśmiechnąłem się do genina i przymknąłem delikatnie oczy, mrużąc je w ten sposób, że widziałem już tylko małą szparkę przed sobą.
-Nikt, ani ja, ani ktokolwiek inny nie będzie tak twardy, jak twarde jest życie. Lecz nie chodzi o to jak mocno uderzysz, tylko o to jak dużo ciosów jesteś wstanie przyjąć i nadal iść do przodu. Jeśli wiesz ile jesteś wart, idź i weź to na co zasługujesz, ale zbieraj też ciosy i nie wytykaj nikogo innego mówiąc, że nie osiągniesz czegoś przez kogoś innego...świat jest podłym miejscem, który co kilka godzin wtyka nam pod nogi kłody, rzuca przeciwieństwa losu, a nawet grozi nam śmiercią. Pamiętaj Mesayato, musisz uparcie brnąć do przodu, będąc świadom, że możesz czasem się potknąć, możesz zostać ranny, możesz zmierzyć się z trudnościami, które przewyższają Twoje możliwości i przegrać...ale nigdy, nigdy się nie poddawaj i bądź świadomy tego, że czasem trzeba upaść, by stać się silniejszym....to jest moje nindo, moja droga ninja...-słowa wyrzuciłem z siebie praktycznie jednym tchem. Głęboko wierzyłem w to co mówiłem. Przypominałem sobie sytuacje, w których prawie straciłem życie. Przypominałem sobie sytuacje, w których byłem prawie pewien mojej porażki, a nawet takie, w których przegrałem z kretesem...

Autor:  Mesayato [ Śr, 3 lip 2013, 13:28 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

"(...) taki marny genin jak ty(...)" - te słowa uderzyły go z taką siłą, jak kula wystrzelona z pistoletu prosto w tył głowy. Stał w bezruchu, próbując sobie to wszystko ułożyć. Po krótkim czasie zdał sobie sprawę, że przybysz z KumoGakure miał rację... chłopak niczym specjalnym się nie wykazał, był jak każdy jeden, zwykły, słaby... Gdy rozmówca odsłonił swoją twarz, młody Sunańczyk spojrzał prosto na Niego i słuchał każdego słowa uważnie. Po chwili zauważył u siedzącego pod drzewem Shinobi'ego uśmiech w jego kierunku... zaczął się zastanawiać, czy to uśmiech jak do kogoś, kogo zaczyna się lubić, czy szanować... czy może jest to ostatnia rzecz, jaką zwierzyna miałaby zobaczyć w swoim życiu, tuż przed rozszarpaniem przez drapieżnika. Dosłownie chwilkę później starszy o kilka lat, na oko, chłopak zaczął dalej mówić, co znaczyło, że na razie Sunańczyk mógł czuć się bezpieczniej. Wysłuchał całego "wykładu" przybysza, kiwając głową twierdząco na znak, że się z Nim zgadza. Dopiero później zdał sobie sprawę, że wyglądał trochę jak psychicznie chory, więc zastygł w bezruchu, słuchając Go uważnie. Ostatnie słowa "(...) to jest moje nindo, moja droga ninja..." lekko nim wzdrygnęły. Zdał sobie sprawę, że jeszcze nie ma swojej prawdziwej Drogi. W głosie rozmówcy, młody Sunańczyk dostrzegał autentyczność i szczerość. Można było bez problemu dosłyszeć, że wie o czym mówi i mocno w to wierzy. Odwzajemnił Jego uśmiech dopiero teraz, po czym powoli podszedł bliżej, opierając się o drzewo powoli i jeszcze z lekkim niezdecydowaniem, ale już na pewno pewniej, niż na początku spotkania. Spojrzał w niebo, zaplatając palce i kładąc dłonie w tej pozycji na wysokości brzucha w pozycji półleżącej. Wiesz, Tori-sama... masz rację. Jestem słabym, nędznym geninem z SunaGakure No Sato... ale nie będzie tak do końca świata... - mówiąc to nabrał trochę większej pewności siebie - ... jest osoba, której marzenia chcę spełnić i będę dążyć do tego w każdy możliwy sposób. Nie mam jeszcze wypracowanej swojej Drogi Ninja... może przez to, że za mało jeszcze przeżyłem na tym świecie jako... "shinobi". - mówiąc ostatnie słowo zaznaczył palcami cudzysłów - Ale kiedyś to się zmieni... zapewne nieraz otrę się o śmierć, ale wiem, że to zbliży mnie do osiągnięcia kolejnych, wytyczonych celów. Może to jest moje Nindo? Że wiem, czego chcę i nie poddam się, przez małe czy duże przeciwności losu? Sam nie wiem... - westchnął cicho - Wiem tylko, że spełnię swoją największą misję na tym świecie, choćbym zaraz po tym miał zginąć. Zależy mi na tym na tyle, że jestem w stanie poświęcić prawie wszystko, co mam... - tu zawahał się i zamilkł, urywając jakby w środku zdania. Uśmiechnął się lekko, odwracając wzrok w stronę Tori'ego. Tori-sama... a Ty? Masz kogoś dla siebie ważnego? Kogo chciałbyś chronić za wszelką cenę... i sprawić, by marzenia tej osoby się spełniły? - spojrzał na Niego ze swoim uśmiechem, który gościł na jego twarzy mimowolnie od niedawna... nie musiał się do niego zmuszać nawet w najmniejszym stopniu, w przeciwieństwie do większości swojego życia.

Autor:  Takeru [ Śr, 3 lip 2013, 14:14 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Mój rozmówca wsłuchiwał się w moje słowa i kiwał delikatnie głową na znak, że nie stracił koncentracji i przynajmniej próbuje mnie zrozumieć. Następnie ruszył w moim kierunku pewnym krokiem. Zbliżał się coraz bardziej. Gdy znajdował się kilka metrów ode mnie oderwałem plecy od drzewa i odszedłem dwa metry od drzewo na bok. Genin zajął moje miejsce i zaplótł ręce kładąc swoje dłonie na brzuchu. Podniosłem brew pytająco, ale nie chciałem tego komentować, zamiast tego do moich uszu doszedł dźwięk jego słów, które tworzyły złożone zdania. W końcu ... zamilkł...
-Jesteś bardzo pewnym siebie młodym geninem...-na mojej twarzy zagościł po raz kolejny uśmiech, ale tym razem było w nim coś innego, coś mrocznego co po chwili znikło.
-Jestem ciekaw, czym jest dla Ciebie ta misja, kim jest osoba, na której Ci tak bardzo zależy, co w niej cenisz, dlaczego właśnie ona wywarła na Ciebie taki wpływ?-w moim zdaniu słychać było nutkę kpiny. zupełnie jakbym nie pojmował tego co mówi młody genin, a jego wartości były dla mnie obce.
-Wartość, którą reprezentujesz jest dla mnie obca. Miałem kiedyś osobę, dla której zrobiłbym wszystko. Poznawałem ludzi, którzy zaprzyjaźniali się ze mną, lecz za każdym razem moja druga strona odzywała się w pewnym momencie i ....-tutaj zamilkłem i złapałem się za głowę. Po chwili uspokoiłem się i zacząłem kontynuować.-wszyscy umierali jeden po drugim. Nikt nie przeżył. Od tamtej pory zaprzysiągłem sobie, że jestem skazany na samotność, a ludzie dookoła mogą mnie tylko osłabiać. Dla mnie nie istnieje coś takiego jak więź, nie istnieje coś takiego jak przyjaźń, miłość czy braterstwo. Wszystko to...to kłamstwo ludzi słabych, którzy nie potrafią sobie poradzić w tym świecie!-moje słowa stawały się wraz z kontynuacją głośniejsze, aż w końcu, przy ostatnim słowie ,,świecie" krzyknąłem wyrzucając katanę, która pokryta czarną chakrą przebiła na wylot drzewo, przy którym przebywał Masayato. W moich oczach przez chwilę widać było złość, wręcz wściekłość. Wszystko to...przeminęło. Moje iskry w oczach duszy zastygły, a ja ... stałem jak wryty...

Autor:  Mesayato [ Śr, 3 lip 2013, 15:25 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Chłopak wysłuchał dokładnie słów przybysza, próbując je sobie jakoś uporządkować i zrozumieć. Gdy katana, pokryta nieznanym mu rodzajem chakry przebiła drzewo na wylot, bardzo blisko jego głowy, odsunął się powoli od drzewa i wstał. Spojrzał na katanę, po czym przerzucił wzrok na młodego mężczyznę, uśmiechając się do Niego lekko, mimo tego, że o mało nie zginął. W głębi serca usłyszał pewien głos... delikatny głos kobiecy, który towarzyszył mu od szóstych urodzin. Spojrzał na swoją bransoletę, po czym zamknął oczy na chwilę, wsłuchując się w ów wewnętrzny głos. On jest zagubiony, Mesayato... potrzebuje pomocy. Spróbuj Mu pomóc... to teraz Twój kolejny krok, do spełnienia naszego marzenia. Po krótkiej chwili, wysłuchując głosu, dobiegającego prosto z jego serduszka, otworzył oczy i spojrzał na stojącego w bezruchu Shinobi'ego. Hai... - wyszeptał jakby do kogoś, nie kierując jednak nic w stronę Tori'ego. Powoli podszedł do Niego. Mimo, że nie chciał umrzeć w takiej sytuacji, musiał jakoś spróbować uświadomić rozmówcy, że więzi między ludźmi są bardzo ważne w życiu każdego człowieka. Jego prawa ręka drgnęła, gdy stał dość blisko mężczyzny, jakby miał wątpliwości, czy może zrobić to, co miał w zamiarze. W ułamku sekundy jednak zebrał się w sobie i powoli położył swoją dłoń na Jego ramieniu, lekko się uśmiechając i patrząc Mu w twarz. Tori-sama... chyba Cię rozumiem. Też kiedyś myślałem, że jestem skazany na samotność, gdy jedna z dwóch najważniejszych dla mnie osób zmarła. Ta bransoleta... - tu spojrzał na swój lewy nadgarstek - ... to jedyne, co pozostało mi po mojej Mamie. To dla niej chcę zostać Kazekage. Zawsze marzyła o synu, którego wszyscy będą szanować, podziwiać i znać. A moją największą misją na tym świecie jest spełnić Jej marzenie... w podzięce za to, że jest ze mną cały czas. Czuję, że jesteś zagubiony... jednocześnie wiem, że nie jest Ci łatwo żyć w samotności... ale... nikt nie jest na nią z góry skazany. To my wybieramy, czy chcemy żyć w samotności, czy nie. Uśmiechał się do Niego delikatnie, patrząc Mu prosto w twarz. Młody Sunańczyk wiedział, że już nie może odpuścić sobie próby pomocy, podjętej za namową Tej Kobiety. Chciał pomóc przybyszowi zrozumieć, że samotnie nawet najsilniejszy Shinobi świata sobie nie poradzi. Nie jest to możliwe w żaden sposób, chociażby miał być nieśmiertelny. Powoli zabrał rękę z Jego ramienia, by kontynuować swoje 'przemówienie' skierowane prosto do Tori'ego. Wiem, że nie będzie Ci łatwo, Tori-sama... ale musisz przypomnieć sobie, że każdy ma ludzi, na których mu zależy. I vice versa, każdemu na kimś zależy. Spróbuj odnaleźć w głębi siebie, co znaczą Miłość... Przyjaźń... Zaufanie... Zrozumienie... To wszystko zostało stworzone tylko w jednym celu: By ludziom było łatwiej! - ostatnie cztery słowa powiedział dużo głośniej i bardziej stanowczo, patrząc Tori'emu prosto w oczy, chwilę później mówił dalej. Wiem, że dla Ciebie, Tori-sama... jestem nic niewartym, słabym człowiekiem, który nawet nie powinien nazywać siebie per 'Shinobi'... najwidoczniej szacunek w Twoich oczach nie jest mi pisany... ale... mam innych, którzy we mnie wierzą. Za to wiem, że Ty też masz kogoś takiego... - uśmiechnął się trochę wyraźniej, wskazując nieśmiało na siebie, poprzez położenie swojej wolnej dłoni na wysokości swojego serca. Wierzę, że uda Ci się odnaleźć w sobie to, co w życiu jest najważniejsze. Tylko spróbuj tego poszukać... a na prawdę będzie Ci łatwiej osiągnąć swoje cele, Tori-sama. Nie odsuwał się od Niego, stał wyprostowany, a po jego twarzy spłynęła mała łza, w której wymieszana była duma z tego, co robi wraz ze współczuciem do samotnego Shinobi, który zagubiony chodził po tym świecie. Czekał z niecierpliwością na Jego reakcję. Nie spodziewał się od razu całkowitego zaakceptowania i zrozumienia jego słów, ale miał nadzieję, że chociaż troszkę trafiło prosto do serca Tori'ego... że chociaż troszkę zrozumiał z tego, co młody genin chciał Mu przekazać...

Autor:  Takeru [ Śr, 3 lip 2013, 19:42 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Moje brwi podniosły się jeszcze wyżej, gdy spostrzegłem, że młody genin zaczął iść w moją stronę. Nie rozumiałem co chcę zrobić. Ugiąłem lekko nogi i szybko dobyłem klingi. Ostrze przecięło powietrze i zastygło w mojej prawej dłoni. Nie wyczuwałem jednak żadnych negatywnych emocji płynących od strony Sunijczyka, stałem w bezruchu i przyglądałem się. Jego ręka delikatnie uniosła się do góry i ... opadła mi na ramię. W jednej chwili chciałem go odtrącić, delikatne kłucie zaczęło rozdzierać mi czaszkę, aż w końcu słowa Mesayato wpłynęły mi przez uszy do mózgu rozcieńczając ucisk, który tam panował. Moja druga, ciemna strona, zaczęło się wycofywać. Wraz z kolejnymi zdaniami chłopaka zło zostawało wypędzane z mojej głowy, aż w końcu. W jednym ułamku sekundy. Wszystko się zepsuło.
*Matka...*-po wypowiedzi o zmarłej matce Sunijczyka szał zaczął wracać do mojej świadomości. Zło po raz kolejny sięgnęło do mojego jestestwa.
-ZAMILCZ!-krzyknąłem i odtrąciłem lewą ręką, nie miał szans tego zablokować, ani zrobić czegokolwiek innego. Był zbyt blisko by zareagować na nagły zwrot akcji, tym bardziej, że był pewny siebie.
-Niczego o mnie nie wiesz! Dla mnie jest już za późno, rozumiesz?! ZA PÓŹNO!-ostatnie słowa zakończone zostały eksplozją pokładów chakry, które zaczęły się uwalniać z mojego układu. Wpadłem w amok, nie wiedziałem co się dzieje. Widziałem wszystko jakby z innej perspektywy, zupełnie gdybym ja nie prowadził swoim ciałem, jakbym był tylko obserwatorem.
*Co się dzieje?*-to pytanie zostało wypowiedziane w mojej głowie, a moje ciało napięło mięśnie i ruszyło w stronę genina, który prawdopodobnie leży kilka metrów dalej.

Autor:  Ultor [ Śr, 3 lip 2013, 20:01 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Nie było dobrze, wyglądało na to, że czy tego chcą, czy nie, wyglądało na to, że dwójka geninów za chwilę rozpocznie walkę.
Odległość między wami wynosiła około 2 metrów i była standardową odległością dwóch rozmówców. To nie stanowiło nic szczególnie dziwnego. Staliście na linii północny zachód, południowy wschód. Słońce wciąż wysoko oświetlało was dość mocno, a jego promienie padały dokładnie na wasze profile(lewy Tankeru, prawy Mesayato). Nie musicie się martwić o czas do nocy, bo jest go sporo. Wiatr bardzo delikatny z południowego wschodu, ciepły, bez większego znaczenia. Około 30 metrów od was maluteńka oaza, z jedną palmą i kilkoma kępkami trawy. Temperatura klasyczna dla pustyni o tej porze około 30 stopni celcjusza w cieniu, 39-40 w słońcu. I tak właśnie rozpoczyna się wasza walka.

Autor:  Mesayato [ Śr, 3 lip 2013, 20:52 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Kuso... miałem nadzieję, że sobie odpocznę... a tu kolejny problem do rozwiązania. Chłopak wyciągnął kunai z pojemnika na broń, zakręcił nim w dłoni i złapał mocno, trzymając go równolegle do podłoża na wysokości swojego nosa przy zgiętej ręce. Kuso... co ja robię? Przecież nie mam z Nim szans w walce... jest dużo lepiej wytrenowany... i nie wygląda na słabeusza. Chłopak myślał co z robić, jednocześnie odsuwając się szybko do tyłu. Moją jedyną przewagą może być to, że jestem przystosowany do temperatury panującej na pustyni bardziej niż On... może by tak poczekać aż się zmęczy...? Co ja gadam? Nie wygląda na kogoś, kto się szybko zmęczy... Podskoczył lekko, gdy dotknął plecami drzewa. Nie znał technik, które mogłyby znacząco pomóc mu w walce z przeciwnikiem... mimo wszystko nie miał żadnych szans na ucieczkę. Westchnął głęboko, schował się za drzewem, mając nadzieję, że chociaż na chwilę da mu to odetchnąć od uczucia niebezpieczeństwa, złożył pieczęć Barana i przystawił palce do ust. Jego głos zaczął dobiegać do uszu Tori'ego z każdej strony, dzięki czemu mógł sprawiać wrażenie, że zmienia swoje położenie. Tori-sama... jeśli Cię uraziłem, wybacz. Nie miałem najmniejszego zamiaru tego zrobić. I nie... nie jest za późno. Przynajmniej ja nie umiem tego zrozumieć i nawet za cenę swojego zdrowia... - tu zawahał się, gdyż nie chciał nawet myśleć, że zginie podczas tej walki - ...chcę spróbować pomóc Ci odnaleźć to, co zagubiłeś, Tori-sama. Wierzę wciąż, że dasz radę to dostrzec. I udowodnię Ci, że jesteś w stanie to zrobić... - westchnął cicho i wyszedł zza drzewa, trzymając kunai w prawej dłoni, lewą zakładając za plecy. Najprawdopodobniej to będzie koniec mojego zdrowego życia bez połamanych kości... - przechylił głowę lekko w lewą stronę, patrząc na Niego, mimo swojej sytuacji, dość pewnym wzrokiem - ...ale pokażę Ci, że gdy robisz coś dla kogoś, możesz pokonywać bariery, których w samotności nigdy nie przekroczysz! - po tych słowach drgnął, jakby chciał ruszyć w jego stronę, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Do lewej dłoni chwycił drugi kunai z pojemnika, trzymając go trochę niżej niż miał podbródek, również równolegle do podłoża. Był gotowy na próbę zablokowania pierwszego ataku Tori'ego, który był już na prawdę blisko, przynajmniej w oczach młodego genina. Chłopak patrzył na zbliżającego się Shinobi, obserwując dokładnie każdy Jego ruch. Miał już opracowane pomysły, na próby zablokowania ataków z każdej możliwej strony. Gdyby Tori zaatakował od góry, blok miałby nastąpić kunai z prawej dłoni, by lewym spróbować zaatakować. W innym wypadku genin próbowałby uchylić się przed atakiem, by nie zostać zranionym.

Autor:  Takeru [ Śr, 3 lip 2013, 21:09 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Zacząłem powoli iść w stronę chłopaka. Moje ciało stawiało ociężałe kroki powoli, na mojej twarzy zagościł uśmiech, w oczach zakręciła się iskierka przypominająca ciekłe złoto. Moja świadomość natomiast oglądała wszystko jakby zza mojej głowy.
*Czemu ja to robię, nie chcę już, nie chcę...krew...pot...łzy...*-kolejny krok został postawiony do przodu. Młodzieniec zaczął uciekać jak wąż przed większym przeciwnikiem. Pełzł po ziemi niczym zwierzyna, uciekając przed myśliwym.
Szedłem powoli za moim celem, który w tym momencie doszedł do drzewa i wstał, a następnie...schował się za nie.
*Nie rób tego...NIE RÓB TEGO!!!*-próbowałem zapanować nad swoim ciałem, które żądało ode mnie krwi niewinnych osób.
-Żałosne...hahahahahahaha...-gardłowy śmiech wydobył się z mojego gardła, gdy usłyszałem słowo ,,Tori-Sama" na początku wypowiedzi. Mimo tego pozwoliłem dokończyć przemówienie mojego nowego kompana.
*Nawet...za cenę swojego zdrowia...*-moje ciało ruszyło do przodu. Chciałem za pomocą shunshina znaleźć się obok chłopaka, chwycić go i rzucić na ziemię. Jeżeli to mi się uda to chwytam dwie katany w dłonie i po raz kolejny, korzystając z jutsu przyśpieszenia, dopadam do swojej ofiary i próbuję wbić mu ostrza w ręce tak, by przyszpilić go do ziemi. Następnie uderzam go pięściami tak, by otłuc mu mordeczkę.
Jeżeli natomiast mój przeciwnik wyszedł zza drzewa i stanął w pozycji obronnej to dobiegam do niego i złączam się w tańcu walki. W walce mieczami czułem się bardzo pewnie i nie sądziłem, by był dla mnei wyzwaniem. Ostatecznie chcę zakończyć to tak jak wyżej napisałem. Obalenie, przybicie, otłuczenie twarzy.

Autor:  Ultor [ Śr, 3 lip 2013, 22:02 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Mesayato został przewrócony, uderzył o ziemię i upuścił kunai, które trzymał. Sytuacja nie wyglądała dla niego zbyt dobrze, ale przeciwnik dał mu chwilę na rozpoczęcie jakiegoś działania obronnego. Zbyt mało by uciec. Lecz dość, by wyciągane właśnie Katany nie zdążyły wbić się w ciało i rozdarły jedynie pustynny piach. Kolejne akcje siłą rzeczy również nie miały miejsca. Ale wyjście cało z tej sytuacji nie będzie dla niebieskookiego najprostszym zadaniem

Aktualna sytuacja. Z wyciągniętymi katanami Takeru stał obok swojego przeciwnika, ostrza są teraz wbite po obu stronach jego głowy. Sam Maji leży zaś na plecach. Wakla toczy się nadal.

Stan. nikomu nic nie jest.

Autor:  Mesayato [ Cz, 4 lip 2013, 00:41 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Chłopak leżąc na piasku spojrzał Tori'emu prosto w oczy. Tori-sama... co się z Tobą stało? Nie byłeś taki jeszcze dłuższą chwilę temu. Opanuj się! Chłopak sam już nie wiedział co ma zrobić. W oczach przybysza z KumoGakure zauważył coś innego, niż wcześniej. Łza spłynęła po jego twarzy, jakby czuł, że jego wszystkie marzenia mogą zaraz prysnąć jak bańka mydlana na wietrze. Myślał teraz tylko o tym, żeby wszystko skończyło się w miarę bez większych strat na zdrowiu. Poderwał się najszybciej jak mógł i złapał Tori'ego za nadgarstki, próbując uniemożliwić Mu kolejne ataki. Nie liczył na zbyt wiele, ale próbował znaleźć chociaż chwilę, by spróbować wypowiedzieć, być może ostatnie w życiu, słowa. Tori-sama... Proszę... spróbuj to pokonać... wiem, że nie jesteś taki na prawdę... to widać... Malutkie łzy spływały po twarzy młodego Sunańczyka co jakiś czas. Nie chciał, żeby wszystko skończyło się w takich okolicznościach. Miał ciągle nieodparte wrażenie, że każda chwila to igranie ze śmiercią, a mimo to nie miał ani ochoty, ani zamiaru nawet myśleć o ucieczce. Tori-sama... walcz z tym złem... wiem, że potrafisz je opanować! Nie chcę, żebyś zabił mnie nieświadomie! Więc nie zginę z rąk czegoś, co Cię kontroluje! Pokaż mi, co znaczy być silnym Shinobi, którego we mnie nie widziałeś! Pokaż mi, Tori-sama, co Nindo powinna znaczyć dla prawdziwego, silnego Shinobi! Łezki leciały powoli po jego twarzy. Znaczna część wyparowała poprzez ogrzewające twarz chłopca Słońce. Chłopak miał nadzieję, że uda mu się dotrzeć do Tori'ego... może w ten sposób będzie w stanie uratować siebie, jednocześnie pomagając Jemu. W walce nie czuł się w ogóle pewnie, nie miałby szans, a jedynie mógłby jeszcze bardziej Go zdenerwować i pogorszyć swoją sytuację. Próbował jak najdłużej patrzyć Mu w te straszne oczy, które przyprawiały go o ciarki. Mimo strachu, próbował ukryć swoje uczucia, chociaż pewnie nie szło mu to najlepiej.

Autor:  Takeru [ Cz, 4 lip 2013, 10:39 ]
Tytuł:  Re: Gdzieś na pustyni...

Słowa młodego sunijczyka odbijały się od mojej mrocznej strony jak od ściany. Mimo tego, że je słyszałem nie mogłem zareagować. Nie dawało mi się zatrzymać rąk, które miały zaraz dokończyć zadanie.
Gdy tylko wbiję ostrza w piach spuszczam uchwyt z rękojeści i z całych sił napieram na ramiona genina z Suny. Chcę zablokować je, a następnie uderzyć obudowanym ochraniaczem na czole w twarz genina. Jeśli mi się to uda, albo też nie, to staram się zablokować mu ręce za pomocą kolan i wtedy uderzam kilkukrotnie w twarz genina z pięści. Każdy cios jest silny i celny. Nie uderzam w twarde kości lub zęby. Chcę poobijać mu twarz, aż będzie w końcu ,,pokonany" o ile można to powiedzieć o osobie, która nie podjęła nawet walki.
-I GDZIE SĄ TERAZ TWOI PRZYJACIELE?! GDZIE WSZYSCY, NA KTÓRYCH CI ZALEŻY?! CZEMU NIKT NIE PRZYSZEDŁ CI Z POMOCĄ ?!-słowa te wykrzykiwałem podczas, gdy moje ciosy miały raz po raz masakrować twarz genina z Suny.

Strona 5 z 8 Strefa czasowa: UTC + 1
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
http://www.phpbb.com/